piątek, 4 kwietnia 2014

#9

Uznałam, że cała sytuacja, która zaszła między mną a Wojtkiem wydarzyła się pod wpływem chwili i bezradności, a przynajmniej tak starałam się to sobie tłumaczyć. Nie roztrząsałam tego tematu, owszem kiedy o tym myślałam przechodził mnie przyjemny dreszcz i chęć powtórzenia, ale niczego więcej sobie nie wyobrażałam. Traktowałam Włodiego normalnie - pisałam, dzwoniłam, a przy przypadkowym spotkaniu w banku również zachowałam stu procentową normalność. Byłam przerażona tylko i wyłącznie faktem, że wie o mnie dużo. Zdecydowanie za dużo i denerwowałam się zachowaniem taty, któremu Wojtek zaimponował aż za bardzo.
- A co u Wojtka?
- W sumie to chyba okej. Dużo trenuje, mało rozmawiamy.
- Marcelka, chyba się nie pokłóciliście, prawda?
- Nie, coś ty. Wszystko w porządku. Po prostu nie mamy czasu.
- Swoją drogą, to naprawdę w porządku z niego gość.
- Też tak uważam.
- Tak właściwie, to gdzie ty go znalazłaś?
- Tato! Nikogo nie znajdowałam, po prostu poznaliśmy się na czacie internetowym.
- Słucham?
- Chyba wyraźnie powiedziałam, że znamy się dzięki internetowi. Widzisz? Nie jest jednak taki zły, jak o nim mówiłeś.
- Teraz to mnie zaskoczyłaś.
- Nie gadaj tyle, tylko goń do pracy, bo nikt na ciebie nie będzie czekał. Śniadanie masz na komodzie w korytarzu. Nie zapomnij kluczy.

Tato pocałował mnie w czoło i jak zwykle wyszedł z domu trzaskając drzwiami. Mnie czekał kolejny dzień w Łodzi. Na samą myśl o miejskich korkach i zamkniętych objazdach chciałam zostać w domu przed telewizorem.  Niestety nie było takiej opcji. Musiałam stawić się na uczelnię o dziewiątej i bez dyskusji, pomimo godziny siódmej rano, jaka przed chwilą minęła, zaczęłam szukać ciuchów, stojąc przed otwartą szafą bez ani jednego pomysłu. Czekało mnie jeszcze ułożenie włosów, zmiana opatrunku tatuażu oraz zrobienie jakiegoś delikatnego i szybkiego make-up'u.
- Kogo to niesie o tej porze?! - powiedziałam sama do siebie, kiedy rozległo się głośne pukanie.
- Pomyślałem sobie, że podrzucę cię na uczelnię. Jadę do Łodzi.
- Wojtek?! Po co?
-  Do znajomego w odwiedziny, bo popołudniu mam trening. No już, zbieraj się.

W sumie było mi to na rękę. Zaoszczędzę paliwo, a przy okazji to nie ja będę się denerwować problemami na trasie.
- Marcelka! Strzeszczaj się, musimy wyjechać szybciej.
- No już, daj mi zrobić fryzurę.
- Zostaw te biedne włosy! Wyglądasz bardzo dobrze, możemy już jechać?
- Nie możemy, bo kłamiesz.
- Mówię poważnie. Jest w porządku. 

No i pośpieszył mnie. Na fotel pasażera usiadłam w rozpuszczonych, prawie że rozczochranych włosach.
- No już mała, rozchmurz się. - Włodi poczochrał mnie po głowie.

*

- Mała, wstawaj. Jesteśmy na miejscu.
- Zrobiło mi się chyba za wygodnie.
- Najwidoczniej. - uśmiechnął się i poprawił mój wystający kosmyk.
- Kurwa, moje ciśnienie.
- Co jest?
- Nie co, tylko kto.
- Czyżby Katarzyna na horyzoncie?

- Ta. - odrzekłam od niechcenia.
- Wiesz co, mam pomysł. Wysiadamy.
Nie wiedziałam co Włodarczyk kombinuje, ale posłuchałam go i nie zwracając uwagi na przyglądającą nam się Kaśkę poczułam, jak obejmuje mnie ramieniem i odprowadza do auli, w której miały odbyć się dzisiejsze zajęcia. Po drodze przywitał się ze znajomymi studiującymi tutaj po czym patrząc kątem oka na podążającą za nami moją byłą przyjaciółkę, pochylił się nade mną i dał buziaka.
- Przyjadę po ciebie o pierwszej. 
Mina Kaśki była bezcenna i natychmiast wyprowadziła mnie z szoku, którego doznałam.
- Będę czekać przed wyjściem. - odparłam zadowolona i zajęłam miejsce w jednym z ostatnich rzędów.

*

Na dzisiejszych zajęciach pracowaliśmy w grupach dwuosobowych. Pech chciał, że wykładowca połączył mnie właśnie z Kaśką. Jako jedne z lepszych osób w grupie uporałyśmy się z zadaniem dość szybko. Dostałyśmy więc pozwolenie na szybsze opuszczenie auli.
- Idę coś zjeść do baru, idziesz?
- Jasne. 

Mina Kaśki na moją propozycję była bezcenna. Jednak wiedziałam, jaki mam w tym cel.  Z premedytacją zabrałam ją ze sobą bo wiedziałam, że zada mi pytanie albo nawet ich kilka. Usiadłyśmy na przeciw siebie, a pierwsze zdanie padło dopiero w momencie, kiedy upiłyśmy po jednym łyku z naszych herbat.
- Co słychać? Kupiłaś to auto? - zapytałam.
- Ciągle szukam. Wiesz jak to jest, chcemy kupić z Maćkiem coś na lata.
- O proszę. Gratuluję zejścia się z powrotem.
-  powiedziałam, unosząc lekko kąciki ust.
- Zmądrzałam, a on na mnie czekał. Wariat. 
- Szalony, nie ma co. 
- A u ciebie jak tam? 
- W porządku. Wykłady, dom, wykłady, dom i tak w kółko. Jestem w trakcie szukania miejsca na staż. 
- Z tego co widziałam, to chyba nie jest tak nudno, jak mówisz.
- Nie powiedziałam, że jest nudno, ale wiem, do czego zmierzasz. - wypowiadając te słowa czułam się tak pewna siebie, jak nigdy.
- Racja, jestem ciekawa kim jest ten przystojny brunet, który cię przywiózł. Mam wrażenie, że go znam i że widziałam go już kilka razy.
- Zapewne widziałaś go w telewizji lub na meczu. Jest siatkarzem Skry. 
Kaśka patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Mój spokój uderzał w nią coraz bardziej z każdą kolejną sekundą. Widziałam, że dziwi ją moje podejście do zawodu i popularności Wojtka. Pokazałam jej, że ani trochę mi na tym nie zależy.
- Uważaj na fanki, Marcelka, bo cię zjedzą. - odezwała się, ale w jej głosie wyczułam coś w rodzaju szczerości i radości.
- Spokojnie, zapewne uda mi się je od niego odpędzić.
Rozmowa o dziwo przebiegała normalnie. Bez podtekstów i ironii. Obydwie byłyśmy bardzo naturalne, chociaż mój stosunek do Kaśki był nieco bardziej zdystansowany i zapewne to odczuwała. Nasze spotkanie przerwał Maciek. Był tak zdziwiony tym, co zobaczył, że nawet się ze mną nie przywitał. Z niemalże otwartymi ustami patrzył kilkanaście sekund, po czym jak gdyby się ocknął i powiedział krótkie: ''Czekam w samochodzie, Kasia.''
- W takim razie uciekam i miło było pogadać. Do poniedziałku!
- Miłego weekendu.
- odpowiedziałam. Następnie zadzwoniłam do Wojtka, który oznajmił mi, że mogę się zbierać, bo jest jakieś sto metrów od bramy wjazdowej uczelni.

*

Podczas powrotu do Bełchatowa opowiedziałam mu o całym zajściu. Próbowałam nawet odzwierciedlać miny byłej przyjaciółki, co powodowało u Włodiego salwy śmiechu.
- To co? Nie mogą nas teraz zdemaskować. Trzeba będzie wykazać się dobrą grą aktorską.
- Będziemy grać miłość?
 - zapytałam.
- Przynajmniej spróbujemy to robić.
- W takim razie wchodzę w to. 
Resztę trasy siedziałam w milczeniu odwrócona do bocznej szyby. Czułam się jednocześnie usatysfakcjonowana, że pokazałam Kaśce to, jak dobrze sobie radzę i jak bardzo jestem szczęśliwa, a z drugiej strony coś powodowało, że gdzieś tam głęboko w sercu bałam się zabawy w związek i w miłość. Ba, byłam przekonana, że wszystko zajdzie za daleko i spowoduje ból, którego cholernie się bałam, ale nie chciałam odpuszczać, bo i tak czy siak poprzez rozmowę z Kaśką, sama w jakiś sposób weszłam w niezłe bagno. Nie miałam już pomysłu, jak z tego wyjść, aby jak najmniej ucierpieć.

5 komentarzy:

  1. Marcelka, Wojtuś się nie skrzywdzi. A wiesz, skąd to wiem? Bo Olcia nas kocha i nie zrobiłaby z niego wrednego potwora! No, bo ja bym tego nie zniosła.
    Przynajmniej taką mam nadzieję, że nie zrobi z niego potwora.
    Olcia, nie zrobisz, prawda? ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Taka relacja moze się kończyć wielką katastrofą i złamanym sercem, albo hucznym weseliskiem i wystanymi chrzzcinami. Oby w zamiarze autorki było to drugie;):)L)L)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Twoje opowiadanie, nie udzielam się ale coś mnie dziś trafiło że jednak napisze, żebyś wiedziała że jest mega ;)

    OdpowiedzUsuń