czwartek, 24 kwietnia 2014

#12

Zajęta organizacją wesele taty zaniedbałam zakup swojej sukienki. Biegałam po galerii jak zwariowana. Przymierzyłam co najmniej 10 kreacji i w każdej widziałam chociaż jeden mankament, który powodował, że odkładałam ją na miejsce.
- Wojtek, nie mam sukienki! Jutro jest ślub, co ja zrobię?! - z rozpaczą w głosie prawie że krzyczałam do Włodarczyka.
- Mała, obleciałaś sto sklepów i w żadnej nie ma dla ciebie sukienki?
- No nie ma, no! To nie jest śmieszne. Ja mam wyglądać!
- A nie możesz wziąć jakiejś z domu?
- Ej! Nie pomagasz mi.
- Marcela, jestem facetem, dla mnie każda sukienka jest dobra, jeżeli tylko dobrze leży na kobiecie. Mam przyjechać?
- Nie, siedź z chłopakami. Coś znajdę. Wiesz... Muszę kończyć.
Faktycznie, musiałam skończyć rozmowę, ponieważ oświeciło mnie, żeby poszukać sukienki w trochę bardziej ekskluzywnym sklepie niż wszystkie do tej pory odwiedzone sieciówki.
- O nie. No nie. No po prostu nie. - powiedziałam, widząc przed sobą czarną, prostą sukienkę do ziemi bez szelek, z wycięciem odsłaniającym nogę. Klasyczna, a jednocześnie bardzo elegancka, a jej jedyne zdobienie to marszczony materiał w okolicach biustu.
- Idealna.
Zadowolona ze znaleziska udałam się w stronę przymierzalni, jednak w rezultacie do niej nie dotarłam, bo po drodze już czekały na mnie czarne sandałki na szpilce ze złotym paskiem i zapięciem wokół kostki. Na domiar złego, sprzedawczyni pokazała mi również kopertówkę, która tworzy z butami idealną całość i w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia.
- Chyba jestem w raju. - wzdychnęłam głęboko i z rozmarzonym wzrokiem skupiając się tylko i wyłącznie na dojściu do celu jakim była  ta nieszczęsna przymierzalnia przeszłam między sklepowymi wieszakami.
- Ile?! Wszystkie pieniądze mi pójdą! Cholera.
I tu zaczął się problem. Buty, sukienka i torebka kosztowały w sumie dokładnie tyle, ile udało mi się zaoszczędzić przez jakieś pół roku. Wydawać by się mogło bardzo długie pół roku, booszczędności ciągle ubywało na inne rzeczy i zapełnianie dziur w garderobie. Nie miałam jednak serca nie kupić tych rzeczy, tym bardziej, że znałam powagę sytuacji jaką był ślub ojca. Oczywiście jak to kobieta kochająca zakupy miałam inne pobudki co do zrobienia zakupów właśnie tutaj i z zamkniętymi oczami podałam kasjerce kartę kredytową. Po transakcji zadowolona wróciłam do domu. Kuba siedział przy salonowym stole i razem z Szymonem pisali coś w zeszytach.
- A wy co? Piątek jest, chłopaki!
- Siostra, a komu się będzie chciało to wszystko pisać w niedziele? A może nawet w poniedziałek rano? Zrobię dziś i spokój.
- A ja skończyłem! - krzyknął Kuba.
- Super mały, teraz idź szukaj koszuli na jutro.
- Nie jestem mały!
- Idź, idź. - odesłał go Szymon.
Kuba pobiegł na górę, a chwilę później Szymon również skończył swoje zadanie.
- Wiesz co Marcel, tak sobie myślałem, że może zaśpiewałabyś coś tacie? Fortepian tam jest, gitarę można zawieźć już dziś, żebyś grała na swojej i nie pożyczała od zespołu, co o tym myślisz?
- Zwariowałeś? Co ja mu zaśpiewam? Nie mam pomysłu na piosenkę, ostatni raz śpiewałam jakieś 3 lata temu, poza tym od nowa palę i nie sądzę, że dobrze zaśpiewałabym cokolwiek.
- Ale się wzbraniasz. A z paleniem to już niedługo, Wojtek cię przypilnuje.
- Spadaj.
- No co spadaj?! Przecież on mało za tobą nie zginie.
- Chyba ja za nim.
- Co mówiłaś?
- Nic, nic.
- Marcel, poza tym powiem ci jak brat siostrze, że spoko z niego koleś. W siatkę gra, ty też grałaś, randki na meczach, marzenie!
- Nie prowokuj, żebym ci coś zrobiła, szczylu.
- Też cię kocham. Co kupiłaś?
- Łap. - rzuciłam bratu torby z zakupami. Dokładnie je obejrzał po czym pokusił się o komentarz:
- Ktoś kiedyś mówił, że w takich butach się nie chodzi, tylko się w nich wygląda. Mam rozumieć, że Wojtek będzie cię obracał w powietrzu, żebyś nie stawała na parkiecie?
- Nie znasz się! Doskonale sobie poradzę w takich butach na parkiecie, nie raz tańczyłam w szpilkach.
- Uwielbiam się z tobą droczyć.

*

Sobotni ranek należał do tych zdecydowanie bardziej nerwowych w ostatnim czasie. Wyciągałam z foliowego pokrowca garnitur taty, wieszając go na drzwiach od szafy, kiedy do pokoju wszedł Kuba i pomimo wczesnej godziny ubrał koszulę i krzywo zawiązał krawat.
- Nawet się tak ojcu nie pokazuj. Przecież uczyłam cię wiązać krawat. Poza tym jest dziewiąta, a ślub o szesnastej. Wybrudzisz się.
- A wyprasujesz mi to?
-Zwariowałeś. Jesteś już wystarczająco duży, żeby sam sobie prasować.
- No Marcel, no! Wyprasujesz?
- Dobra, będę dziś miła.
- Dzięki. I wiesz co Marcel? Ta Pani Gosia to jest mega.
- No jest, jest.

Tato był tak zdenerwowany, że zdążył ostrzec już chłopaków, aby się do niego nie zbliżali i nie wkurzali go, bo nie ręczy za siebie i za swoje słowa. Jedynie ja byłam tak odważna, że w celu wyładowania atmosfery zeszłam do kuchni i klepnęłam go po plecach.
- Halo, halo! Ziemia to naszego tatuśka! Nie pierwszy raz wychodzisz za mąż. Spokojnie. Chwila i po krzyku. Wzruszysz się na przysiędze i tyle.
- Oj córcia, ty to zawsze potrafisz człowieka pocieszyć.
- Do usług. I jeszcze jedno. Kuba znowu ma problem z wiązaniem krawatu. A to czyj krawat tu leży?
- No mój.
- No i dlaczego dziwiło mnie to, że Kuba nie może zapamiętać tej prostej czynności, skoro jego tatuś też nie potrafi tego ogarnąć.
- Idź, bo jak cię pacnę!
Uśmiechnęłam się szczerze do taty i pojechałam zająć się kolejno paznokciami, fryzurą i makijażem, aby przyjechać do domu na piętnastą i pomóc ojcu się wybrać. Wojtek miał dojechać pod sam kościół, ponieważ od rana był na jakiejś konferencji związanej z zakończeniem sezonu ligowego, z której i tak musi się urwać. Podczas zabiegów w salonie kosmetycznym rozmyślałam o tym, jak może wyglądać dzisiejszy dzień i późniejsza impreza. W głowie tlił mi się pomysł Szymona, który nie był w sumie zły, aczkolwiek na wszelakie śpiewanie byłam kompletnie nieprzygotowana.  Z grubo pofalowanymi włosami, których w rezultacie nie ścięłam tylko przefarbowałam, lekko złotym makijażem i z czarnymi paznokciami hybrydowymi wróciłam kilka minut przed piętnastą. Zawiązałam braciom krawaty, bo Szymon również co nie co zapomniał, choć i tak zrobił to lepiej niż inni mężczyźni w moim domu i zamykając tacie buzie otwartą z bycia pod wrażeniem mojej fryzury i makijażu wyszłam po schodach do swojego pokoju. Ubrałam sukienkę, samodzielnie zapięłam w niej zamek, następnie włożyłam buty, biżuterię i spryskałam się od stóp do głów perfumą. Po dwudziestominutowych oględzinach w lusterku zeszłam do moich współlokatorów.
- I jak? - zapytałam.
- Jak złoto! - odrzekł Szymon.
Po zapewnieniu brata udaliśmy się do samochodów. Ojciec do swojego, który miał prowadzić jego brat, a ja z braćmi do swojego, co by nie przeszkadzać przyszłym małżonkom. Oczywiście nie jechaliśmy tak, jak w dzień tradycyjnego ślubu do domu panny młodej z orkiestrą. Gosia miała przyjechać ostatnia, kiedy wszyscy goście będą siedzieć już w kościele, a przy wejściu będzie czekał na nią tylko tato. Pod kościołem ujrzałam oczywiście moich kochanych dziadków, z którymi nie widziałam się kilka miesięcy. Przywitali mnie ze łzami w oczach i od razu spytali o moją osobę towarzyszącą, która ponoć jest przecież sławna. Uśmiechnęłam się lekko i odpowiedziałam, że zaraz powinien się pojawić. W duchu martwiłam się jednak, że przecież to już najwyższy czas, aby w końcu przyjechał. Kiedy dobijała szesnasta wszyscy udaliśmy się do środka świątyni. W oczekiwaniu na Wojtka szłam na samym końcu. Nerwowo rozglądałam się na boki. Nie było go nigdzie.
- Marcelka, wszystko w porządku?
- Tak, Gosiu. Tak tylko patrzę.
- Nie ma go? - zapytała z matczyną czułością w głosie, która zmusiła mnie do szczerości.
- Nie ma.
- Może przyjedzie dopiero na wesele?
- Sama już nie wiem.
- Do rozpoczęcia zostało jakieś 5 minut. Wyjdź na plac i poczekaj na niego. My z Markiem i tak pójdziemy pod ołtarz dopiero wtedy, jak wyjdzie ksiądz.
- Dobrze. - odparłam smutno i bezskutecznie próbowałam się do niego dodzwonić, choć abonent 'był nieosiągalny'. Gosia kiwała mi ręką, że mam jeszcze chwilę czasu. Nie pocieszało mnie to, bo po Wojtku nie było ani śladu. W końcu moje zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Odwróciłam się pomimo nawoływań Gosi do pozostania na placu kościelnym skierowałam się ku wejściu. Nagle ktoś złapał mnie za rękę. Po zapachu perfum, które były inne niż Włodarczyka, nie mogłam zidentyfikować tej osoby. Przystanęłam i nie odwracając się czekałam, aż delikwent sam się ujawni. I ujawnił. Wyrósł przede mną nie kto inny jak Wojciech Włodarczyk, trzymający w ręce nasz prezent. Uśmiechnął się tak nonszalancko jak on to potrafi i poruszył jedną brwią.
- Dotarłem cały i zdrowy!
- I niezmiennie pojebany. Prosiłam cię o punktualność, a ty przyjeżdżasz dwie minuty przed wyjściem księdza na ołtarz.
- Już, już. Nie złość się. Za późno wyjechałem tą głupią taksówką. Straciłem rachubę czasu. Przepraszam.
- Dobra, nie ma czasu. Idziemy do środka.
- Tak jest!
Wojtek wziął mnie pod rękę i podchodząc żwawym krokiem do ławki zajęliśmy miejsce.
Cała ceremonia była skromna, ale niezwykle urokliwa. Gosia wyglądała cudnie, choć nie za strojnie, a twarz taty wreszcie nabierała kolorów. Wojtek złożył życzenia tacie, następnie jego żonie, wręczył prezent i dopiero wtedy dopuścił mnie do ojca, któremu rzuciłam się na szyję.
- Jesteś bardzo dzielnym pacjentem, panie komendancie!
- Ja nie wiem co bym bez ciebie zrobił. Córka to mi się udała!
Tato nigdy nie szczędził miłych słów skierowanych w moją stronę. Zawsze doceniał mój najmniejszy wysiłek i wszystko to, co robię, nawet wtedy, kiedy miałam słabsze dni i wszystko wydawało mi się bez sensu. Pragnęłam jego szczęścia i wiedziałam, że odnajdzie je właśnie w osobie Gosi, którą zdążyłam bardzo polubić.

*



Po krótkich życzeniach usiadłam obok fortepianu i zaśpiewałam ulubioną piosenkę moją i taty. Kochałam śpiewać i zaraz po pierwszym dźwięku instrumentu zapomniałam o stresie. Włodarczyk wytrzeszczył oczy i patrzył na mnie jak w obrazek. Po wszystkim zebrałam gromkie brawa na stojąco. Usiadłam przy stole i tak jak inni skonsunowałam posiłek. Następnie ktoś wydał polecenie, że pora wyjść na parkiet. Wojtek od razu ruszył w moją stronę.
- Mogę prosić? 
- Oczywiście. 
Z gracją podałam Wojtkowi dłoń. Chociaż obydwoje trochę już wypiliśmy a mnie włączył się syndrom szczerości. Po chwili, na parkiecie, przyciągnął mnie do siebie a swoje ręce umiejscowił dokładnie tak, jak zawodowy tancerz. 
- To pan umie tańczyć?  - zapytałam zalotnie z lekką drwiną w głosie.
- Coś tam umiem. Nie widziałaś jak to robię na filmach z treningów? A pani umie tak śpiewać?
- Również tak jak ty, coś tam umiem.  A filmików nie widziałam. - droczyłam się z nim czas od czasu spoglądając mu w oczy.
- To powiem ci, że masz pecha. 
- Wrócę i obejrzymy je razem.
No i klaps. Bez zastanowienia i to dość kusząco odpowiedziałam Włodarczykowi, ale ani trochę nie wyprowadziło go to z równowagi. 
- Jak cię dziś zobaczyłem, to oniemiałem. Wyglądasz zawodowo.
Te słowa wypowiedział trzymając usta niedaleko mojej szyi. Po ciele przeszedł mnie przyjemny dreszcz, który spowodował, że z rozmarzoną miną odchyliłam głowę w bok. 
- Ty też niczego sobie. 
- Ale nie możesz tak wyglądać na balu Skry, na który idziemy za dwa tygodnie, bo mi cię odbiją i z kim będę tańczył? 
- Nie chcę tańczyć z nikim innym. 
- Dokładnie tak miałaś odpowiedzieć. Widzę nawet, że Kasia jest tu dziś obecna. 
- No tak, nasze rodziny się przyjaźnią. 
- To może zrobimy jej troszkę na złość? - -  Chętnie. 
Wojtek usiadł obok Kaśki. Przedstawił się jej jako mój chłopak, po czym łapiąc za biodra usadowił na swoich kolanach. Jedną rękę położył na odkrytym przez wycięcie udzie i delikatnie głaskał je opuszkami palców. 
- Ślicznie wyglądasz! - skomplementowała Kasia. 
- Bo moja. To musi tak wyglądać. Z resztą zawsze tak wygląda! 
Wojtek najwyraźniej wkręcił się w nabieranie i żegnając się z rozmówczynią objął mnie i wyprowadził na pole.
- Uf. Dobrzy z nas aktorzy. - powiedział i popatrzył na mnie z uznaniem, tak, jakbym grała lepiej niż on sam. 
- Idę tańczyć. Przyjdź za chwilę. Świeże powietrze dobrze ci zrobi.
I wszedł do środka, zostawiając mnie samą. 
- Ta, wspaniali.
Odrzekłam obojętnie tym samym odpowiadając na jego wcześniejsze słowa i wyciągnęłam z kopertówki ostatniego papierosa, którego  później przepiłam kilkoma kieliszkami wódki.
Tańczyłam z wszystkimi wujkami nie zwracając najmniejszej uwagi na Wojciecha, który był nieświadomy tego, że po prostu mnie rani. 

2 komentarze:

  1. Wiesz, to najlepszy prezent po przebudzeniu! Co tam te moje 10h snu! Wojtuś i Marcelka <3
    Boże, Wojtek, ty ograniczony, niedomyślny, walnięty, cholerny, niepunktualny ideale Marceli. Najchętniej bym cię porządnie sprała, ale nie mogę, bo obiecałam, że będę w spokoju czekać na skesy.
    A SPRÓBUJ PO SEKSIE WYJŚĆ Z ŁÓŻKA OD RAZU, ŻEBY ZAPALIĆ/ZAPARZYĆ KAWĘ CZY COKOLWIEK INNEGO ZAMIAST MARCELKI PRZYTULIĆ.
    Marcela, szczęście masz, tylko poczekaj!
    Mówiłam już, Olcia, że mnie rozczulasz? <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Mężczyźni to jednak są z Marsa! Żeby być tak niedomyślnym?? Toż to szok prawdziwy jest!

    OdpowiedzUsuń