niedziela, 1 czerwca 2014

#19


W poszukiwaniu szczęścia przemierzamy cały świat, przemierzamy wszechświat.


Analizując po tysiąc razy każde słowo, jakie otrzymałam w internetowej wiadomości od Wojtka, nie spałam prawie całą noc. Wymęczona, jak bywa coraz częściej, wstałam i zamaszystym ruchem dłoni oblałam twarz zimnym strumieniem wody. Z przymkniętymi oczami znosiłam uczucie cieknących po policzkach, lodowatych kropel. Pożegnałam przyjaciół, którzy wrócili do Bełchatowa z nadmorskich wakacji. Razem z trzaśnięciem drzwiami, po korytarzu rozniósł się dźwięk mojej komórki. Napis na ekranie spowodował, że na mojej twarzy zagościł lekki uśmiech Odebrałam od razu.
- Córcia, co ty już o staruszku zapomniałaś? Nic się nie oddzywasz, czekam i czekam...
- Przepraszam. I nie jesteś staruszkiem!
- Dziadkowie wracają do Gdańska, także nie zaskocz się, jak usłyszysz wesołe podśpiewywanie dziadka i poczujesz dym innego papierosa niż twój.
- Tato, rozmawiałeś z Wojtkiem, prawda? - wypaliłam.
- Marcelka...
- Tato, proszę.
- Był. - odpowiedział krótko.
- Teraz pewnie zapytasz, czy jestem zła. Uprzedzam, że wszystko w porządku. Ale muszę kończyć. Buziaki.
Pobiegłam na górę i jeszcze szybciej niż w pierwszą stronę, spakowałam rzeczy. Zniosłam dwie ciężkie walizki na dół i spakowałam do swojego Audi. Wypiłam kawę i usilnie próbowałam dodzwonić się do dziadka. Chciałam go poinformować o tym, że kiedy dojadą nie będzie mnie w domu. Niestety ani on ani babcia nie odbierali telefonu. Sięgnęłam po kartkę i ledwo piszący długopis, który leżał na stole w jadalni. Razem z krótką informacją treści ''Jestem w Bełchatowie. Marcela.'' wyszłam na zewnątrz i zamknęłam drzwi na obydwa zamki. Zgiętą kartkę wsadziłam między drzwi a futrynę i pomimo zmęczenia odważyłam się przejechać dystans prawie czterystu kilometrów. Z reguły jeżdżę szybko, więc bez względu na padający deszcz i słabą widoczność, wskazówka prędkości licznika mojego samochodu sięgała na autostradzie nawet sto dziewięćdziesiąt. Razem z przerwą na hot-doga ze stacji benzynowej, odcinek Bełchatów - Gdańsk przemierzyłam w niecałe trzy godziny. W Bełchatowie o godzinie siedemnastej standardowo były korki  i dopiero po czterdziestu minutach tkwienia w nich  zaparkowałam pod mieszkaniem, które swojego czasu wynajmowałam razem z Wojtkiem. Pomimo strachu przed burzą nie wchodziłam od razu do środka. Siedziałam w aucie i wsłuchiwałam się w grzmoty, które po raz pierwszy w życiu nie robiły na mnie wrażenia. Nie odważyłam się zadzwonić i przez chwilę żałowałam, że w ogóle przyjechałam. Po prawie godzinnych rozmyślaniach udałam się na pierwsze piętro i oszczędzając czas, którego na zastanawianiu się uciekło już wystarczająco dużo dotknęłam klamki, która natychmiastowo stawiła mi opór.
- Kurwa mać! - krzyknęłam na całą klatkę i uderzyłam pięścią w drzwi, a następnie oparłam o nie swoje czoło i głośno odetchnęłam.
- O, dzień dobry!
Usłyszałam zza swoich pleców głos młodej sąsiadki, która razem ze swoim partnerem wymieniała z nami umowne spojrzenia po głośnych nocach. Było mi wstyd o tym pomyśleć, ale chyba właśnie dlatego kobieta odważyła się do mnie podejść i wypowiedzieć coś więcej, niż tylko słowa powitania.
- Dawno pani nie widziałam. I cieszę się, że panią widzę. Pan Wojtek chodził strasznie markotny i zamyślony. Pewnie o panią chodziło.
Popatrzyłam na rozmówczynię pytająco mówiąc:
- Nie orientuje się pani, gdzie mogę go zastać?
- Nie mam pojęcia, ale dziś rano był u niego jakiś pan, którego kojarzę z naszej bełchatowskiej Policji. Czy policjant to nie wiem.
- Jak wyglądał?
- Ten pan? Wysoki, postawny, brązowe włosy. Nie przyglądałam się zbytnio. Pan Wojtek zwracał się do niego ''panie Marku''.
- Ojciec! - krzyknęłam.
- Jaki ojciec?
- No Marek... Się znaczy... No mój tato to był!  Dziękuję pani!
Wybiegłam z klatki i pojechałam do policjanta, którym niewątpliwie był ojciec. Z impetem przekroczyłam próg rodzinnego domu. W salonie i w kuchni nie było nikogo. Przeklinając pod nosem wbiegłam po schodach do pokoju Szymona, w którym razem z Kubą, Gosią i tatą grali na Playstation.
- Tato, gdzie on jest?
- Marcelka?
Wzrok obecnych w pomieszczeniu był bezcenny. Patrzyli na mnie dość dziwnie i nie bardzo rozumiałam o co chodzi.
- No jak to gdzie, przecież miał być z tobą.
- Czekaj. - oparłam się łokciem o ścianę, bo nie bardzo rozumiałam co właśnie powiedziała Gosia.- Jak to ze mną?
- Teraz to już się pogubiłem.
- Tato, o co tutaj chodzi?- zapytałam zdenerwowana po czym momentalnie zakręciło mi się w głowie.
- No przecież Wojtek wziął rano adres do domu dziadków i jeszcze przed ich wyjazdem z Bełchatowa pojechał do ciebie. Dałem mu dokładne dane, bo skoro dowiedział się już gdzie jesteś, nie było sensu niczego ukrywać. Mówił, że wyjedzie koło trzeciej.
- Minęliśmy się. - powiedziałam wbijając wzrok w podłogę i błądząc nim bez celu po dywanie.
- Mówiłem mu, żeby do ciebie zadzwonił, ale on stwierdził, że nie ma po co, bo jak się dowiesz o jego przyjeździe to uciekniesz i cie nie znajdzie.
- Ale on jest głupi.
- Marcelka, gdybyś ty wiedziała, gdzie on cie szukał... Był w Gdańsku w tej redakcji, gdzie miałaś prawie że zapewnioną pracę, ale jak mu powiedzieli, że cię tam nie było to w tym samym dniu był jeszcze w Warszawie u twoich znajomych. Ogólnie to trochę chłopak kilometrów narobił.
- Przecież miał jechać do Niemiec, co on tutaj robi?
- Jakich Niemiec? Gdybyś odebrała telefon to byś wiedziała, że został jeszcze dwa sezony i odrzucił dobre cztery propozycje.
- Bawcie się dobrze, odezwę się niedługo.

Tutaj z każdej świata strony prowadzi Cię serce. 


Odwróciłam się i wybiegłam do auta. Ponownie pojechałam na ulicę, na której mieszkałam i zostawiłam walizki u jak się okazało niezwykle pomocnej sąsiadki. Wypiłam trzecią kawę w barze za Bełchatowem i praktycznie nie zdejmując nogi z gazu popędziłam w kierunku Gdańska. W końcu czekał mnie chwilowy postój ze względu na odprawę przy bramkach na autostradzie. Nawigacja mówiła mi, że jestem gdzieś mniej więcej w połowie drogi. Zdenerwowana czekaniem, choć było niedługie, postanowiłam w końcu określić swoje położenie w sytuacji, w której się znajduję. Podłączyłam telefon do zestawu głośnomówiącego i wybrałam numer Włodarczyka. Czekałam na odbiór dłuższą chwilę, ale w końcu usłyszałam jego głos.
- Tak?
- Wojtek, gdzie ty kurwa mać jesteś?
- Chyba to ja powinienem ciebie zapytać, gdzie jesteś, bo kartka powiedziała mi tylko tyle, że w Bełchatowie.
- Czyli jednak tam byłeś. - odpowiedziałam nieco łagodniejszym tonem niż wcześniej.
- Byłem. Prawie rozdarłem sobie dresy, bo przechodziłem przez to kolczaste ogrodzenie. W którym miejscu jesteś?
- W połowie drogi. Dwieście kilometrów od Bełchatowa. Okolice Torunia. Przy bramce na autostradzie.
- Zjedź na najbliższy Orlen. Cokolwiek. Na najbliższe hmmm... Coś. Najlepiej tak, żebym jakimś sposobem mógł zmienić kierunek jazdy.
- Spróbuję.
Rozłączyłam się, bo chyba właśnie w tym momencie zaczęłam się denerwować tym, co prawdopodobnie za chwile się wydarzy. Z drżącymi dłońmi zaparkowałam na parkingu w odległości jakiś stu metrów od stacji benzynowej. Niestety mój samochód był jedynym na parkingu. Ubrałam na głowę kaptur i wyszłam na zewnątrz kolejny raz dzwoniąc do Włodarczyka.
- Wojtek, ja nie wiem czy ja jestem w dobrym miejscu.
- Ja też nie wiem. Za chwilę do ciebie oddzwonię, dobrze?
- Halo? Wojtek? Jesteś tam?
Mój rozmówca rozłączył się szybciej niż się spodziewałam. Przemoknięta do suchej nitki błądziłam po parkingu rozglądając się po oświetlonej autostradzie. Volkswagena Passata, którego numery rejestracyjne znałam lepiej niż swoje, nie widziałam, a przynajmniej nie byłam w stanie. Deszcz powodował, prawie tak jak dość gęsta mgła, utratę widoczności. Naciągnęłam rękawy od bluzy i dygotałam z zimna, a stukot zębów było słychać zapewne na dobre kilka metrów. W końcu nie wytrzymałam i kolejny raz zadzwoniłam do Włodarczyka. Odwróciłam się plecami do autostrady i wzrokiem błądziłam po jakimś pobliskim lasku. Wojtek nie odbierał, a właściwie to chyba rozłączył się, bo dość szybko włączyła mi się poczta głosowa. Odwróciłam się napotykając na jakąś dość dużą przeszkodzę, która pachniała niezwykle znajomo. Oparłam głowę o prawdopodobnie klatkę piersiową, a pewności na obecność Wojtka nabrałam wtedy, kiedy poczułam jego oddech we włosach, a ręce na biodrach. Odetchnęłam z ulgą. Uszło ze mnie powietrze i miałam wrażenie, że ubyło ze mnie dobre kilka kilogramów. Przestałam dygotać, a jasna bluza Włodarczyka stała się bogatsza dodatkowo o czarne plamy z mojego tuszu do rzęs. Nie mówiliśmy nic. Staliśmy w milczeniu nie zwracając uwagi na ulewę i grzmoty. Nagle oderwałam się od Wojtka i poczułam, że w moich oczach wszystko zaczęło wirować.
- Mała, co jest?
- Wojtek, ja... Ja nie dam rady prowadzić. - powiedziałam krótko.
- Andrzej będzie wracał z Kłosem jego samochodem tą trasą do Bełchatowa, więc jak dasz mu poprowadzić, to wrócimy teraz razem. Nie siądziesz za kierownicę.
- Poczekaj. - złapałam go za rękę i pochyliłam się do przodu. Przymknęłam powieki, bo nie czułam się najlepiej. Nagle ugięły mi się nogi. Kolana dotknęły mokrego betonu i pewnie zrobiłyby to nie tylko one, ale Wojtek wyczuł moment i podniósł mnie bez najmniejszych trudności.
- Jak przyjedziemy to najpierw cię położę, później nakarmię, a następnie pojedziemy do szpitala na badania. I nie ma protestów.
Nie miałam siły, żeby cokolwiek powiedzieć. Głowa bolała mnie niemiłosiernie, a kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że leżę już na tylnym siedzeniu w samochodzie Wojtka po kilku minutach zasnęłam.

2 komentarze:

  1. Jestem zadowolona w połowie.
    Gdzie seksy?! Albo chociaż buziak?!?!

    Nie no, dobra, słodko <3

    + Buka i K2 *___*

    OdpowiedzUsuń
  2. Postarał się Włodarczyk oj postarał, ale i tak go nie lubię za wcześniejsze postępowanie i olewanie biednej dziewczyny!

    OdpowiedzUsuń