Początek czerwca,
2014 - Bełchatów.
Tysiąc wypitych razem kaw
Głupia myślałam, że cię znam.
- Wojtek, co to jest?
Tylko tyle udało mi się powiedzieć widząc informację
dotyczącą odejścia Włodarczyka z Bełchatowa.
- Marcelka…
- Wojtek, jakie Niemcy?! Wyjeżdżasz z Bełchatowa do
Niemiec?
- Poprosiłem o wypożyczenie.
- Poprosiłem o wypożyczenie.
- Jakie wypożyczenie?!
- A powiedz mi, jakie miałem wyjście? Pół sezonu
przesiedziałem w kwadracie dla rezerwowych. Nie płacą mi za uzupełnianie
miejsca na ławce. Chce grać więcej.
- Nie wierze. No po prostu, kurwa, nie wierze.
- A ja nie wiem, dlaczego ty się tak pieklisz. Poza tym, to
niepewne. Jeszcze nie zdecydowałem ostatecznie.
- Skoro nie wiesz dlaczego, to może zaczniesz się już
pakować?
- Jeżeli chodzi o Niemcy, mam stawić się początkiem września
na pierwszym treningu. Klub znajdzie mi mieszkanie. Wyjechałbym do
Friedrichshafen najprawdopodobniej końcem sierpnia.
- No, jedź, na co jeszcze czekasz? Najpierw
Stany, później Niemcy… Światowo.
- Marcelka, uspokój się! - Wojtek trzymał mnie za ramiona, a
ja rzucałam się na wszystkie strony, chcąc wyswobodzić się z jego uścisku.
- Jeszcze przed meczami o mistrzostwo polski. Jadę
zatankować. Jedziesz?
- Nie, zostanę.
Wojtek opuścił mieszkanie. Cisza, jaka w nim panowała
sprzyjała tylko i wyłącznie skupianiu się na jednym. Ciągle patrzyłam w monitor
laptopa i wyświetloną wiadomość od niemieckiego klubu na poczcie elektronicznej
Włodarczyka. W poczuciu bezsilności mieszał się żal za kłamstwo i tęsknota,
chociaż jeszcze nie wyjechał. Uszczypnęłam się w rękę, bo miałam nadzieję, że
to tylko zły sen. Niestety. Wiadomość nie zniknęła, a złość spotęgowałam
rzucając telefonem w lustro. Ekran pękł, a szyba rozprysnęła się po całym
przedpokoju na milion kawałków, ścieląc na podłodze lustrzany dywan i
przestając być tym samym ozdobą ściany. Niespodziewanie pojawił się Andrzej, który od razu popatrzył na bałagan i zapewne
domyślił się co przed chwilą zrobiłam.
- Ile wiedziałeś? - zapytałam na wstępie.
- Ale mówisz o wakacjach z chłopakami w Stanach?
- No dobra. Wiem. Jakieś pięć tygodni. Co teraz?
- Nic. Czekałam na niego, a on mnie prawdopodobnie zostawi.
Czekałam, aż wreszcie się określi. Wiesz jak się czuję? Jak szmata. Wykorzystał
mnie! W dodatku za parę dni wyjeżdża. No i co się tak patrzysz?
- Czyli, że wy ze sobą …
- Jak ja mogłam być tak ślepa? I jeszcze mnie
okłamał. Nie powiedział słowa na temat jakiegokolwiek wypożyczenia. Nigdy nic
nie wspomniał! Od tak wszystko zostawia i zmienia klub!
- To z jednej strony jest dobre rozwiązanie. Może pogra
więcej niż w Bełchatowie. To najlepszy czas dla zawodnika na rozwój. Jak nie
teraz, to kiedy? Jest młody, bardzo zdolny, niech się rozwija.
- No tak. Rozumiem.
- Do zobaczenia! Trzymaj kciuki za naszych orzełków!
- Wyściskaj ode mnie Karola. Jak będziecie w Warszawie albo
w Bełchatowie w domu to dajcie znać.
Przytuliłam Wronę i skierowałam się w stronę swojego samochodu.
Przytuliłam Wronę i skierowałam się w stronę swojego samochodu.
Jesteś w ramionach anioła. Może odnajdziesz tu jakieś
pocieszenie.
Po dziesięciu minutach dojechałam do celu, którym była ulica
Boczna. Bałam się wchodzić do środka. Nie wiedziałam jak będzie wyglądała
rozmowa z ojcem po rozprawie. Biorąc głęboki wdech złapałam za klamkę i
przekroczyłam próg, słysząc damski głos dobiegający z jadalni.
- Co do cholery? - powiedziałam sama do siebie i
zaciekawiona wyjrzałam zza futryny. Moim oczom ukazał się widok uśmiechniętej
Gosi i nie mniej uradowanego ojca. Obydwoje siedzieli na przeciw siebie i
trzymali się za ręce.
- To tak się dziś zachowują rozwodnicy? Romansują sobie w
domu i szczerzą się do siebie?
- Nie ma rozwodu.
- Widzę.
Moja radość była przeogromna, ale nawet pomimo to tato od
razu zobaczył, że nie jestem dziś do końca w humorze.
- Usiądź.
- Nie będę wam przeszkadzać.
- Marcela! - podniósł głos jak na małą dziewczynkę i już
wiedziałam, że nie ukryję przed nim swojego samopoczucia.
- Wszystko w porządku?
- Tak, Gosiu. Jestem tylko trochę zmęczona. Nie wyspałam
się.
- Bujać to ty możesz Wojtka i to nie wiem.
- Oj tato... Gdybyś ty wiedział, jak to on mnie hm...
Obujał.
- Jadę po rzeczy. Zostawiam was samych. Siedząc chwilę na jej miejscu przeprosiłam ojca i wybiegłam na górę
zamykając się w swoim pokoju, którego ściany widziały już moją niejedną łzę.
Położyłam się na łóżku i płakałam. Ojciec nie dał za wygraną. Wszedł i usiadł
obok, głaszcząc mnie po głowie.
- Bez względu na to ile masz lat, zawsze będziesz moim
dzieckiem i twój płacz zawsze będzie rozrywał mi serce. Co się stało?
- Wojtek prawdopodobnie zmienia klub. Planuje
wyjechać końcem sierpnia do Niemiec, do nowego mieszkania. Od września miałby
zacząć treningi. W dodatku mnie okłamał. Wiedział od miesiąca i nic nie
powiedział. Rozumiesz? Dodatkowo jedzie za kilka dni do Stanów z kolegami.
Dostał tę wizę. Mówiłam ci niedawno.
- Nie jesteś sama w Bełchatowie. Możesz tutaj wrócić,
przyjechać, poradzić się albo po prostu przytulić. Musimy sobie pomagać. Wojtek
zrozumie. A jeżeli nie, to osobiście go skopię.
- Czasem się zastanawiam, jak ci się kiedyś za to wszystko
odwdzięczę.
- Dla mnie największym szczęściem będzie twoje szczęście i
twój uśmiech.
W rzucaniu kamieniami słów,
znowu przegrywam trzy do dwóch.
znowu przegrywam trzy do dwóch.
Wróciłam do mieszkania napotykając na rozbity telefon i
szkło. Schyliłam się i zaczęłam zbierać odłamki, które od razu rozcięły moją
dłoń w kilku miejscach. Wyprostowałam się i patrzyłam jak krwawi, chociaż w
porównaniu do mojego serca krwawiła i tak słabo. Nie zwróciłam nawet uwagi na
Wojtka stojącego przede mną z plastrem. Bez słowa zajął się opatrzeniem mojej
ręki, po czym usiadł na łóżku. Zajęłam miejsce obok i zasłoniłam się włosami,
aby nie zauważył ani jednej łzy płynącej po policzku. Chwilowo siedzieliśmy w
milczeniu.
- Nie sprzątałem, bo zacząłem się pakować. Gdzie byłaś przez
cały dzień?
- A tu i tam. Jesteś głodny?
- Nie, jadłem na mieście. O co ci chodzi?
- O nic. Przecież wszystko w porządku.
- To dlaczego jesteś na mnie zła? Ślepy nie jestem. Gwoli
wyjaśnienia, czekałem na moment, aż wszystko się potwierdzi. Sam
jeszcze do końca nie wiem, czy wyjadę. W Bełchatowie trzymacie mnie wy, wszyscy
znajomi. I tylko tyle.
- Tylko tyle, tak?
- Tylko tyle, tak?
Byłam wściekła. Tak wściekła, że miałam ochotę uderzyć
Włodarczyka za całokształt jego działań i takie ich zwieńczenie, jakie przed
chwilą usłyszałam. Pomyślałam, że będę twarda. Nienawidziłam pokazywać
swoich słabości, chociaż w tym momencie ewidentnie czułam się słaba. Targały
mną same negatywne emocje, takie jak zemsta, bo tym zazwyczaj broniłam się,
kiedy było źle. Niestety nic nie przychodziło mi do głowy. Zmęczona całym
dniem, wzięłam prysznic i już o godzinie dwudziestej pierwszej położyłam się
spać. W końcu jutro mój wielki dzień.
Patrzę jak miesza się to, czego nie ma i to, co jest.
O dziesiątej byłam już w Łodzi i czekałam na wezwanie. Temat
mojej pracy magisterskiej łączył nie tylko elementy czysto dziennikarskie, ale
także jedną z moich ulubionych dziedzin nauki jaką jest historia współczesna.
Pisałam między innymi o dziennikarstwie w okresie stanu wojennego. Zdaniem
mojego opiekuna wszystko powinno pójść pomyślnie, jednak byłam kłębkiem nerwów
i chciałam mieć to za sobą. W między czasie odebrałam co najmniej
dziesięć wiadomości treści: ''Powodzenia!'', w tym od Włodarczyka. Wiedziałam,
że muszę udowodnić coś nie tylko sobie. Weszłam do pomieszczenia, które w
myślach nazwałam 'sądem ostatecznym' i wzięłam trzy głębokie wdechy. Chciałam
cieszyć się tak samo jak moje koleżanki z roku. Miny siedzących przede mną osób
były jak już słyszałam na korytarzu, przerażające. Z pewnością siebie
rozpoczęłam prezentację. Po dwudziestu pięciu minutach wyszłam z ''sądu
ostatecznego'', a zdaniem znajomych moja twarz przypominała kolor szpitalnych, białych ścian.
- I co? Najlepsza dziennikarka wydziału zdała?
- Zdała! - krzyknęłam i podskoczyłam w górę.
- Na?
- Na pięć! Boże! Mam to za sobą!
Pierwszą osobą, z którą pojechałam się podzielić radosną nowiną była mama.
Przyjechałam na cmentarz, zapaliłam znicz i usiadłam naturalnie na ławeczce.
- Mówiłaś mi, że sobie poradzę. I poradziłam! Chociaż
najgorsze przede mną.
Po kilkunastu minutach siedzenia w ciszy pojechałam
oczywiście do taty, na którego czekałam. Wrócił z pracy pół godziny później niż
zazwyczaj, krzycząc do Szymona już od progu.
- Szymek! Dzwoniła? Jak jej poszło?
- Wita cię twoja córka, magister dziennikarstwa i
komunikacji społecznej Marcelina Kowalewska. Zdałam!
- Wcale mnie to nie dziwi. Jesteś najlepsza! A certyfikat
językowy odebrałaś?
- Odebrałam. Za kilka dni mam pojawić się w dziekanacie i
jestem wolna. Mogę szukać roboty.
- Trzeba to uczcić. I chyba nawet wiem jak.
- Co zaplanowałeś?
- Dziadkowie chcą przyjechać na trochę do Bełchatowa.
Zaproponowali, żebyś razem ze znajomymi pomieszkała w Gdańsku. Taka t wymiana. Mogłabyś wziąć Wojtka. Morskie powietrze nie zaszkodzi.
Odstresujecie się.
- No fakt, skoro ze znajomymi to Włodi nadawałby się w stu
procentach. Powiedział mi wczoraj, że chce zmienić klub, bo w Bełchatowie ma tylko znajomych i tyle. Aha. Mówił jeszcze, że nic go tu nie trzyma. No, ale nic. Nie ma o czym mówić. Sparzyłam się i tyle. Kiedy babcia z dziadkiem przyjeżdżają?
Ojciec przytulił mnie, bo wiedział, że szybka zmiana tematu ma być tylko odwróceniem uwagi od tego, co się we mnie kotłuje.
- Widocznie tak miało być, tatuś. - powiedziałam przez łzy. - To odpowiesz mi na moje pytanie?
- Mają być w czwartek wieczorem. Dopiero wtedy dziadek będzie mógł zostawić firmę pod opieką innych.
- Dziś środa. Więc w piątek rano pasowałoby już jechać. Im szybciej tym lepiej. Zadzwonię do Patryka i Magdy. Może zdecydujemy się na obecność Kaśki i Maćka.
- No widzisz córcia, odpoczniesz trochę. Sama wiesz, że nerwy ci nie sprzyjają, a z nikim lepiej nie spędzisz czasu jak z Patrykiem i resztą.
- Powiedzmy.
Obdzwoniłam przyjaciół, którzy na pomysł moich dziadków zareagowali z większym entuzjazmem niż ja. Wszyscy bez wyjątku zgodzili się na wyjazd. Ja jednak nie byłam przekonana. Wróciłam do mieszkania i od razu usłyszałam pytanie.
- Zdałaś?
- Zdałam.
Jak się okazało czekała na mnie kolacja, prawdopodobnie chińszczyzna. Ze sztucznym uśmiechem, który Wojtek niewątpliwie zobaczył, usiadłam przy stole. Zaczęłam jeść od razu, żeby tylko nic nie mówić.
- Jutro lecę, więc to ostatnia nasza kolacja przed moimi wakacjami.
- Wiem. - odpowiedziałam lakonicznie.
- Nie będzie mnie jakieś trzy tygodnie. Szkoda, że nie udało ci się załatwić wizy. Poznałabyś resztę znajomych, między innymi mojego przyjaciela Kubę i kilka moich koleżanek, które mieszkają tam na stałe.
- No, szkoda. Wielka szkoda.
- Ej! Uśmiechnij się, dzisiaj twój dzień!
- Racja. O której wy właściwie jedziecie do Warszawy na lotnisko?
- Wyjeżdżamy o ósmej z Bełchatowa. Dlatego obudzę cię rano, bo miałaś nas podwieźć. Obiecałaś mi!
- To może pójdziesz już spać? Ja raczej problemów ze wstawaniem nie miewam.
Wojtek zasnął w przeciągu piętnastu minut a ja przy zgaszonym świetle standardowo siedziałam na balkonie i paliłam jednego papierosa za drugim. Uznałam, że to najwyższy czas, aby zacząć myśleć o sobie a nie o kimś, kto niczego z wyjątkiem dobrej zabawy w łóżku bez zobowiązań ode mnie nie oczekuje. Postanowiłam, że kiedy Wojtek wróci z Ameryki, nie zastanie mnie w mieszkaniu. Nie będzie ani mnie, ani moich rzeczy. Nie będzie niczego co ze mną związane. Będę w Gdańsku dłużej niż czas jego wakacji. Pomyślałam nawet, że tam zostanę. Ułożyłam sobie w głowie, jak będzie wyglądać nasze poranne pożegnanie w Warszawie. Nie chciałam iść jeszcze do łóżka, więc po cichu wyciągnęłam z szafy wszystkie swoje rzeczy i w dwóch walizkach zniosłam je do bagażnika. Było tego niewiele, ponieważ reszta ciągle była na Bocznej. Zostawiłam na górze tylko to, co najpotrzebniejsze, czyli między innymi kosmetyki do porannej toalety i zmarznięta, bo miałam na sobie tylko piżamę, w końcu poczułam zmęczenie.
Z zadowolonymi i podekscytowanymi chłopakami w drodze do stolicy nie zamieniłam ani słowa. Weszliśmy wspólnie na obiekt lotniska. Po wszystkich formalnościach związanych z odlotem ze łzami w oczach poprosiłam Wojtka na bok. W ręce trzymałam klucze od naszego wynajmowanego mieszkania, które najpierw położyłam na dłoni Włodarczyka, a następnie ścisnęłam ją mocno w pięść.
- Proszę, mnie już nie będą potrzebne.
- Ale jak to?
- Wojtek, przepraszam, chociaż chyba nie mam za co.
- Nie rozumiem?
Zacisnęłam pięści i wydusiłam z siebie kilka słów, zapominając o tym, co planowałam w nocy.
- Wiesz co? Opowiem ci historię o dwojgu ludzi. O kobiecie, która zakochała się w pewnym mężczyźnie. Jak głupia czekała na decyzje o wspólnej przyszłości. Dała się zaciągnąć do łóżka. Dała się całować, przytulać. Dała się pocieszać, chociaż nie lubiła, gdy ktoś to robił. Dała mu wszystko co miała. Wsparcie, zainteresowanie, dobre słowo, może to zabrzmi banalnie, ale zaufała mu najbardziej ze wszystkich ludzi i pewnie domyślasz się o co chodzi. A przede wszystkim miłość. Dużo miłości. Ciągle się łudziła, że w końcu i ona poczuje się kochana i wreszcie zacznie stąpać po pewnym gruncie Liczyła na niego. I wiesz co ją spotkało? Odrzucenie. Bo ten facet chciał ją tylko na chwilę. A jeśli na dłużej, to tylko po to, żeby ją wykorzystać, bo była mu potrzebna i było mu z nią lżej niż samemu. Ten facet nie chciał ani związku, ani zobowiązań. Tylko nie przewidział jednego. Że bardzo ją zranił i narobił jej nadziei. A wiesz jak się poznali? Przez internet. A wiesz kim jest ten facet? Nazywa się Wojciech Włodarczyk.
Chwyciłam Wojtka za twarz i przyciągnęłam ją do swoich ust, aby ostatni raz poczuć się wyjątkowo. Chciałam go zranić tak samo, jak on zranił mnie tym, że najpierw dał, a później pozbawił nadziei. W końcu z bólem serca oderwałam się od jego ust i szepcząc tylko:
- Kocham cię. Miłych wakacji. Może się jeszcze kiedyś spotkamy.
W jego oczach widziałam coś w rodzaju zdezorientowania i zaskoczenia. Szybkim krokiem udałam się w stronę auta i z piskiem opon ruszyłam w stronę Bełchatowa.
- Widocznie tak miało być, tatuś. - powiedziałam przez łzy. - To odpowiesz mi na moje pytanie?
- Mają być w czwartek wieczorem. Dopiero wtedy dziadek będzie mógł zostawić firmę pod opieką innych.
- Dziś środa. Więc w piątek rano pasowałoby już jechać. Im szybciej tym lepiej. Zadzwonię do Patryka i Magdy. Może zdecydujemy się na obecność Kaśki i Maćka.
- No widzisz córcia, odpoczniesz trochę. Sama wiesz, że nerwy ci nie sprzyjają, a z nikim lepiej nie spędzisz czasu jak z Patrykiem i resztą.
- Powiedzmy.
Obdzwoniłam przyjaciół, którzy na pomysł moich dziadków zareagowali z większym entuzjazmem niż ja. Wszyscy bez wyjątku zgodzili się na wyjazd. Ja jednak nie byłam przekonana. Wróciłam do mieszkania i od razu usłyszałam pytanie.
- Zdałaś?
- Zdałam.
Jak się okazało czekała na mnie kolacja, prawdopodobnie chińszczyzna. Ze sztucznym uśmiechem, który Wojtek niewątpliwie zobaczył, usiadłam przy stole. Zaczęłam jeść od razu, żeby tylko nic nie mówić.
- Jutro lecę, więc to ostatnia nasza kolacja przed moimi wakacjami.
- Wiem. - odpowiedziałam lakonicznie.
- Nie będzie mnie jakieś trzy tygodnie. Szkoda, że nie udało ci się załatwić wizy. Poznałabyś resztę znajomych, między innymi mojego przyjaciela Kubę i kilka moich koleżanek, które mieszkają tam na stałe.
- No, szkoda. Wielka szkoda.
- Ej! Uśmiechnij się, dzisiaj twój dzień!
- Racja. O której wy właściwie jedziecie do Warszawy na lotnisko?
- Wyjeżdżamy o ósmej z Bełchatowa. Dlatego obudzę cię rano, bo miałaś nas podwieźć. Obiecałaś mi!
- To może pójdziesz już spać? Ja raczej problemów ze wstawaniem nie miewam.
Wojtek zasnął w przeciągu piętnastu minut a ja przy zgaszonym świetle standardowo siedziałam na balkonie i paliłam jednego papierosa za drugim. Uznałam, że to najwyższy czas, aby zacząć myśleć o sobie a nie o kimś, kto niczego z wyjątkiem dobrej zabawy w łóżku bez zobowiązań ode mnie nie oczekuje. Postanowiłam, że kiedy Wojtek wróci z Ameryki, nie zastanie mnie w mieszkaniu. Nie będzie ani mnie, ani moich rzeczy. Nie będzie niczego co ze mną związane. Będę w Gdańsku dłużej niż czas jego wakacji. Pomyślałam nawet, że tam zostanę. Ułożyłam sobie w głowie, jak będzie wyglądać nasze poranne pożegnanie w Warszawie. Nie chciałam iść jeszcze do łóżka, więc po cichu wyciągnęłam z szafy wszystkie swoje rzeczy i w dwóch walizkach zniosłam je do bagażnika. Było tego niewiele, ponieważ reszta ciągle była na Bocznej. Zostawiłam na górze tylko to, co najpotrzebniejsze, czyli między innymi kosmetyki do porannej toalety i zmarznięta, bo miałam na sobie tylko piżamę, w końcu poczułam zmęczenie.
A potem kiedy mówię wprost,
milczysz i odwracasz wzrok.
Z zadowolonymi i podekscytowanymi chłopakami w drodze do stolicy nie zamieniłam ani słowa. Weszliśmy wspólnie na obiekt lotniska. Po wszystkich formalnościach związanych z odlotem ze łzami w oczach poprosiłam Wojtka na bok. W ręce trzymałam klucze od naszego wynajmowanego mieszkania, które najpierw położyłam na dłoni Włodarczyka, a następnie ścisnęłam ją mocno w pięść.
- Proszę, mnie już nie będą potrzebne.
- Ale jak to?
- Wojtek, przepraszam, chociaż chyba nie mam za co.
- Nie rozumiem?
Zacisnęłam pięści i wydusiłam z siebie kilka słów, zapominając o tym, co planowałam w nocy.
- Wiesz co? Opowiem ci historię o dwojgu ludzi. O kobiecie, która zakochała się w pewnym mężczyźnie. Jak głupia czekała na decyzje o wspólnej przyszłości. Dała się zaciągnąć do łóżka. Dała się całować, przytulać. Dała się pocieszać, chociaż nie lubiła, gdy ktoś to robił. Dała mu wszystko co miała. Wsparcie, zainteresowanie, dobre słowo, może to zabrzmi banalnie, ale zaufała mu najbardziej ze wszystkich ludzi i pewnie domyślasz się o co chodzi. A przede wszystkim miłość. Dużo miłości. Ciągle się łudziła, że w końcu i ona poczuje się kochana i wreszcie zacznie stąpać po pewnym gruncie Liczyła na niego. I wiesz co ją spotkało? Odrzucenie. Bo ten facet chciał ją tylko na chwilę. A jeśli na dłużej, to tylko po to, żeby ją wykorzystać, bo była mu potrzebna i było mu z nią lżej niż samemu. Ten facet nie chciał ani związku, ani zobowiązań. Tylko nie przewidział jednego. Że bardzo ją zranił i narobił jej nadziei. A wiesz jak się poznali? Przez internet. A wiesz kim jest ten facet? Nazywa się Wojciech Włodarczyk.
Chwyciłam Wojtka za twarz i przyciągnęłam ją do swoich ust, aby ostatni raz poczuć się wyjątkowo. Chciałam go zranić tak samo, jak on zranił mnie tym, że najpierw dał, a później pozbawił nadziei. W końcu z bólem serca oderwałam się od jego ust i szepcząc tylko:
- Kocham cię. Miłych wakacji. Może się jeszcze kiedyś spotkamy.
W jego oczach widziałam coś w rodzaju zdezorientowania i zaskoczenia. Szybkim krokiem udałam się w stronę auta i z piskiem opon ruszyłam w stronę Bełchatowa.
Masz szlaban. Na wszystko. Na moje opowiadania, na seks, na mecze, na wszystko. Na pewno dopilnuje tego pierwszego szlabanu.
OdpowiedzUsuńWidocznie Włodarczyk nie zasługiwał na to co dostał! Czas dorosnąć, bo on ani przystojny, ani domyślny. Czas znaleźć sobie kogoś kto doceni i pokocha! Ludzie łatwo zapominają i zakochują się ponownie i szczerze mam nadzieję, że WW nie znajdzie się w jej życiu por az drugi!
OdpowiedzUsuńTego co ja najchętniej uczyniłabym z Włodarczykiem nie da się opisać słowami. Zaraz chyba wybuchnę z tej złości, no bo jak można tak zrobić?! Najpierw opierniczył Marcelę za to, że dostała propozycję pracy w Gdańsku i nawet się nie zdecydowała, a on już od dawien dawna knuł intrygi jak tu się dostać do innego klubu.. Trzymaj mnie, bo padnę. Szkoda mi teraz tylko Marceli, bo będzie się musiała męczyć.
OdpowiedzUsuńWybacz moje grzechy Olcia, buziaki :*
Mam łzy w oczach, bo to przecież nie miało tak być .... :) ściskam !
OdpowiedzUsuń