sobota, 24 maja 2014

#18


Za kilka lat powiesz mi, że u ciebie wszystko spoko- będzie tak. Wierzę w to głęboko.

- Chodźcie tu wszyscy!
Kaśka zawołała nas do salonu i skinieniem ręki wskazała na sofę, na której mamy usiąść. Razem z Patrykiem i Magdą patrzyliśmy na siebie zdezorientowani, ale nie pytając o nic czekaliśmy na to, co za chwile niewątpliwie się wydarzy.
- Jako, że moim obowiązkiem jest informować was o wszystkich ważnych dla mnie sprawach, postanowiłam nie trzymać w tajemnicy długo, że razem z Maćkiem... Za miesiąc ślub, no!
- O jejku!
- No, no, stary, gratulacje!
Patryk z Magdą wykrzyczeli niemalże w jednym momencie słowa radości. Ja zaś popatrzyłam na wzruszoną przyjaciółkę i wstałam aby ją wyściskać.
- Za miesiąc?! - krzyknęłam. - Jakim cudem tak szybko?
- Dzisiaj wszystko można zrobić szybko. Wystarczy tylko umiejętnie załatwić.
Wiadomości, które dopiero co do mnie dotarły były chyba jedynymi pozytywnymi w ostatnim czasie. Najważniejsze było szczęście Kasi które bilo z jej spojrzenia. Gdzieś tam w duchu zazdrościłam przyjaciółce. Zakochana w Maćku od liceum, za cztery tygodnie zostanie jego żona. Czy coś się u niej zmieni? Niby wszystko,  ale i tak zachowują się już od dawna jak stare dobre małżeństwo, więc śmiem pokusić o stwierdzenie ze zbyt dużej różnicy nie będzie. Coś mi jednak nie grało. Z ostatniej wspólnej rozmowy, którą pamiętam nie było mowy o żadnym weselu. Postanowiłam więc obserwować Kaśkę i jej poczynania. Niestety, jeżeli chciałam uczynić to w Gdańsku, a nie w Bełchatowie, miałam tylko trzy dni, bo dokładnie za trzy doby zostanę, tu gdzie jestem, sama.


Pozostaw mnie w takiej pustce i w stanie nieważkości, a może wtedy podczas takiej nocy odnajdę spokój.
Odebrałam telefon od Andrzeja który od pierwszej rozmowy telefonicznej w Gdańsku dzwoni codziennie. Do ligi światowej pozostały dwa dni i nie jest chyba ani trochę świadomy, ze kiedy dowiem się o przybyciu zawodników do miejskiej hali, pojawię się od razu.
- Jesteśmy jakieś 20 km od Gdańska. Dziś już nie będzie treningu. Startujemy od jutra. Trzeba utrzymać dobra passę.
- No trzeba, trzeba.
Po krótkiej rozmowie wyszłam na taras zapalić. Oparta o drewniana poręcz popatrzyłam na swoje odbicie w szybie. Było źle. Wyglądałam jak nie ja, a przecież nie było sensu, żebym pokazywała się chłopakom na oczy w takim stanie. Fioletowe cienie zakryłam podkładem, pomalowałam rzęsy, kości policzkowe różem i od razu rozświetliłam smutną twarz. Po obiedzie składającym się z kanapki z sałatą i pomidorem wykalkulowałam, że Wrona i Kłos są już zapewne zakwaterowani i można ich poprosić na spacer po Gdańsku, ewentualnie do domu. Wysiadłam ze swojego czarnego audi, które świeżo co umyłam i oparta drzwi czekałam na parkingu samochodowym aż coś się wydarzy. Ani jednego siatkarza nie było w pobliżu. Sięgnęłam po telefon, bo dalsze sterczenie pod obiektem nie miało sensu.
- I jaki widok z okna?
- Cudowny, na parking.
- Opisz mi dokładnie co widzisz.
- A więc widzę autokar, jakąś dziewczynę... Marcelka?!
- Złaźcie wielkoludy!
Nie musiałam długo czekać. Niemalże galopujący Karol nie wyhamował i uderzył głową o ruchome drzwi, które nie zdążyły się otworzyć. Nie robiło to na nim jednak większego wrażenia. Z radością zatrzymał się tuż przede mną i zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół.
- Dzięki Bogu, cała i zdrowa!
- Co ty tu robisz?!
Obydwoje wyściskali mnie, a następnie znowu zaczęli się przyglądać, co najmniej, jakbym właśnie wróciła z kosmosu, a ufo pozostawiło mnie na ziemi.
- Widzisz?! Mówiłem ci, pacanie, że ona jest w Gdańsku, to ty do mnie, że twoja intuicja podpowiada ci, że że nie! Ja to mądry jestem!
- Dobra, jakie macie teraz plany?
- Daj nam uwierzyć, że tu jesteś. Dopiero wtedy ci powiemy.
- Zastanowicie się po drodze. Zapraszam was do domu.
- Jakiego znów domu?
- Moi dziadkowie są w Bełchatowie na jakiś czas, a ja ze znajomymi przyjechałam na małe wakacje do Gdańska. Po prostu się wymieniliśmy.
W ciszy zaparkowałam pod nieswoja willą wskazując chłopakom drzwi wejściowe. Karol zajął się opowieściami o kwalifikacjach do Mistrzostw Europy,  a ja podążyłam do sypialni, aby przebrać się w bardziej przewiewne rzeczy. Założyłam krótką sukienkę na szelkach i związałam włosy. Wyszłam z garderoby, a na łóżku siedział Andrzej. Patrzył na mnie przeszywającym wzrokiem. Tak, jakby chciał mi coś powiedzieć. Usiadłam obok i w milczeniu oczekiwałam na jakiekolwiek słowo. Wrona zbliżył się do mnie i odgarnął włosy zakrywające mój policzek. Kiedy czułam jego oddech na swojej skórze przymknęłam powieki, a moje myśli natychmiast przeniosły się do Bełchatowa i tak jak w momencie, kiedy siedziałam na plaży wszystkie sytuacje z udziałem Włodarczyka przeleciały mi przed oczami. Miliony klatek, wycinków z filmów znowu robiły spustoszenie w mojej głowie. Przerwał je Andrzej.
- Chciałem, żebyś choć na chwilę się od tego oderwała. Sam tego potrzebuję.
- Nie rozumiem. Niczego już nie rozumiem. Nie wiem co się dzieje.
- To była moja chwila słabości. Przepraszam. I dziękuję ci, że nie pozwoliłaś, żeby do czegoś doszło. Co ja sobie myślałem?
- Masz rację. Dobrze, że się nic nie stało.
- Pójdę już.
Karol z Andrzejem opuścili mieszkanie na prośbę tego drugiego.




Ale to bez różnicy. Uciekasz już ostatni raz.



Włączyłam komputer i zaczęłam robić porządki w folderach i zakładkach. Wyciągnęłam z futerału okulary Wojtka, które nosiłam, bo mamy taką samą wadę wzroku a one przez przypadek znalazły się w mojej torbie i założyłam je na nos. Od razu lepiej widziałam monitor, a już najlepiej zakładkę o nazwie ''Czat''. Nacisnęłam na nią. Znowu uciekłam. Znowu chciałam uciec do internetu. Znowu chciałam spotkać przypadkiem kogoś kogo pokocham. Znowu byłam pewna, że na pewno jest jeszcze choć jedna osoba, która czeka tam akurat na mnie i tylko na mnie. Tym razem postanowiłam zalogować się do pokoju, gdzie rozmawiają między sobą Gdańszczanie. Standardowo użyłam tego samego nicku co poprzednio. Obserwowałam tematy, jakich dotyczyła konwersacja ogólna. Nie działo się nic szczególnego, więc po dwóch godzinach mało ciekawych doznań związanych z moją obecnością tutaj, kierowałam kursor myszki w stronę czerwonego krzyżyka w prawym górnym rogu. Nagle zostałam przełączona do rozmowy prywatnej z osobą, której nick składał się z kilku cyfr. Rozmowa zaczęła się niepozornie, bo ''anonimowy ktoś'' napisał tylko "Cześć.'' Odpisałam tak samo i zostawiłam otwarte okno rozmowy, aby zniknąć na chwilę w łazience pod prysznicem. Wróciłam po kilkunastu minutach i nie zwracając większej uwagi na dość długą treść, jaka została mi wysłana, przygotowywałam się do snu. Kiedy skończyłam, nieco rozluźniona chłodnym strumieniem wody przystąpiłam do czytania wiadomości.


Cześć Mała. Właściwie to nie wiem od czego zacząć. Nawet nie mam pewności, czy Ty, to Ty, ale przeczuwam, że jesteś właśnie w Gdańsku i tak jak wtedy, kiedy Cię poznałem uciekłaś w świat internetu i czatowania. Zacznę może od tego, że strasznie za Tobą tęsknię. Przez cały pobyt w Stanach nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Dzwoniłem do Ciebie, ale nie odbierałaś. Chciałem Cię usłyszeć, chociaż słuchawka nie oddałaby twojej lekkiej chrypy ani tego, jak na mnie patrzysz, kiedy rozmawiamy. Byłaby tylko  sposobem do oddania choć jednej milionowej części Twojej osoby. Dochodząc do sedna... Popełniłem błąd. Popełniłem straszny błąd dając ci tak łatwo odejść. Kiedyś powiedziałem Ci, że nie chcę widzieć jak płaczesz. Teraz bym chciał. A wiesz dlaczego? Bo płaczesz przeze mnie, a ja chciałbym osuszyć te łzy i wytrzeć mokre od nich policzki. Każda twoja łza byłaby dla mnie ciosem, na który niewątpliwie zasługuję. Byłem u twojego ojca. Rozmawialiśmy długo, kilka godzin. Nie powiedział gdzie jesteś, ale mówił, żebym o Ciebie walczył, nawet jeżeli nie będzie to miało najmniejszego sensu i mnie odrzucisz, bo niewątpliwie masz takie prawo. Postanowiłem, że będę szukał cię wszelkimi sposobami. Pojadę po Ciebie, gdziekolwiek byś nie była. Napisze milion listów, wykonam tysiące połączeń i wyślę miliardy wiadomości. Kiedy odwróciłaś się na lotnisku i straciłem Cię z zasięgu wzroku, dotarło do mnie, że wszystko, co chciałem od życia, zawierało się w Tobie. Przepraszam Cię. I wróć, albo chociaż się odezwij. Cokolwiek. Błagam.I jeszcze jedno. Kocham Cię. Wojtek. 


Ze łzami w oczach wyłączyłam komputer i wybiegłam na miasto. Biegłam nie wiedząc dokąd, byle przed siebie. Po kilkunastu minutach zatrzymałam się i zdyszana łapałam oddech dławiąc się przy tym łzami. Roztrzęsiona wyciągnęłam telefon, który upadł na asfalt w momencie, kiedy dzwonił Włodarczyk. Sprzęt z ponownie pękniętym ekranem podniosłam z mokrej jezdni i odebrałam.
- Marcela. - powiedział zdziwiony.
- Wojtek. - odpowiedziałam zapowietrzając się. - Jestem w Gdańsku.

Zgarnięta przez Kłosa i Wronę, którzy nie wiadomo skąd wiedzieli o moim nocnym wyjściu, wróciłam do domu.






Witam, witam. Dodaję dziś tym oto sposobem żegnając się na tydzień. Wiem, ostatnio rozdziały pojawiały się również w tygodniu, ale niestety, a może i stety tym razem będzie troszkę inaczej.
Może w ciągu dziesięciu godzin drogi do celu i do Polski, czyli w sumie aż dwudziestu, uda mi się coś w smartfonowym notatniku wyskrobać.  Miłego tygodnia! <3

wtorek, 20 maja 2014

#17


Przeszłość dogoni Cię im szybciej będziesz uciekać.


Pierwszy dzień w nowym mieście rozpoczęliśmy od pozostawienia bagaży w pokojach, gdzie mieliśmy spać. Jako ''gospodarz, zajęłam największą sypialnię z największym łóżkiem.
- Jeeeeeej, ale wypas! Twoi dziadkowie to prawdziwi ludzie interesu!
- Dziadek żyje ta firma. Prowadzi ja razem z synami - braćmi mojego taty i bratem mojej mamy. Taki rodzinny interes. Sam jest jej szefem, a ich zatrudnił na dobrych stanowiskach.
- Kowalewski  Company - zażartował Maciek.
- No coś w tym stylu.
- Wypasione mieszkanko.  Będzie gdzie imprezować.

*

Wszyscy wspólnie wyszliśmy pospacerować po starówce. Nie obyło się bez drobnych zakupów na kolejne, wieczorne świętowanie wolności. Wiedziałam, ze w Bełchatowie, a szczególnie w wynajmowanym mieszkaniu, byłoby jeszcze gorzej. Gdańsk to zdecydowanie miejsce, gdzie szukam ukojenia dla złamanego serca. Przynajmniej na jakiś czas. Czułam się bezsilna, obojętna na wszystko. Czułam się tak, jakby ktoś wyssał wszystko, co było we mnie charakterystyczne. Przede wszystkim czułam się wykorzystana. Dałam z siebie tyle, ze już po trzech dniach wiedziałam, ze prędko z powrotem tego nie odzyskam. Nie miałam siły, żeby komukolwiek się postawić i żeby się na coś zbuntować. Nie miałam ochoty nawet do jedzenia. Nie byłam sobą. Właściwie to nie wiedziałam kim jestem. Kiedy ktoś mądry powiedział, ze osoba, której najbardziej potrzebujesz gdy płaczesz, to osoba przez która to robisz. Święta prawda. W całej beznadziejności jaka mnie otaczała, najbardziej odczuwałam tęsknotę. Tęsknotę za jego zapachem, uśmiechem i spojrzeniem. Tęsknotę za jego radą, wsparciem i uściskiem. Tęsknotę za jego pocałunkiem, ciężarem ciała i szybko bijącym sercem. Tęskniłam za jego głosem, śmiechem i głupimi żartami. Tęskniłam za nim całym. i nikt nie był mi go w stanie zastąpić. Nie znoszę, kiedy ktokolwiek narzeka, ale nikt z takim spokojem nie znosi tego, gdy to ja marudzę. Nikomu nie dałabym prowadzić swojego samochodu, ale tylko on mógłby mnie nim wszędzie zawozić. Nikogo nie umiałabym czegokolwiek nauczyć bez zdenerwowania, ale tylko jemu potrafiłam na spokojnie wytłumaczyć jak ma coś wykonać. Nienawidziłam spać z druga osoba, ale tylko z nim wysypiałam się najbardziej. Nienawidziłam ciemności, ale tylko przy nim mogłam siedzieć całą noc bez ani jednego źródła światła obok siebie. Nikomu  nie udawało się widzieć moich łez, ale tylko on jedyny widział to zawsze. Nikomu nigdy nie pozwalałam, aby mi pomógł, ale tylko jemu ustępowałam zęby zrobił coś za mnie. Nienawidziłam oglądać filmów, ale tylko z nim oglądałam po cztery filmy w weekend. Nikomu nigdy nie udało się namówić mnie do rzucenia palenia, ale tylko on powodował, że nie sięgałam po papierosy. Nikt nigdy nie widział mnie nago, ale tylko on znal każdy centymetr mojego ciała. Nikomu nigdy nie pozwoliłam się dotykać, ale tylko on jeden błądził rękoma po moim ciele, wprowadzając w stan, w którym wyłączało się myślenie a pojawiało pożądanie. Dla nikogo nie chciałam wyglądać dobrze, bo twierdziłam ze to ja mam się ze sobą dobrze czuć, ale to dla niego zawsze nosiłam coś, w czym mu się szczególnie podobałam.

Błądziłam wśród cieszących się życiem przyjaciół. Ze łzami w oczach przyglądałam się Kaśce i Maćkowi, którzy trzymając się za ręce wymachiwali w górę i w dół. Miałam też misję rozmowy z moją pomimo wszystko chyba nadal przyjaciółką. Potrzebowałam jej wsparcia bardziej niż kogokolwiek innego. Właśnie teraz. Widziałam jednak, że nie mogę zawracać jej głowy swoimi problemami, bo był to moment jej ponownego budowania zaufania, którym miał ją obdarzyć Maciek. Nawet patrzenie na zakochanych było milion razy lepsze od spojrzeń na ekran telefonu, który dawał mi informacje, że mam dwadzieścia nieodebranych połączeń od Wojtka w ciągu dwóch, może trzech godzin. Przynajmniej dziś, kiedy wszystko było jeszcze świeże, nie chciałam rozmawiać z Włodim ,chociaż chciałam wiedzieć co u niego i myślałam nawet nad tym, że czułabym się choć trochę lepiej, jak posiadałabym jakieś informacje. Byłam tak zamyślona, że nie słyszałam nawet pytań znajomych o jedzenie. Kiedy się ocknęłam, tak czy siak odmówiłam wspólnego posiłku, tłumacząc, że nic nie przejdzie mi przez gardło. Napawałam się tylko i wyłącznie dymem papierosowym i wodą mineralną. Na siłę próbowałam przemycić na swoja twarz uśmiech, bo nie miałam zamiaru zepsuć nikomu wakacji swoimi fochami. Wszyscy patrzyli na mnie z troska i omijali drażliwy temat. Starałam się być twarda , ale z każdym moim wymuszonym śmiechem Kaska przyglądała mi się dziwnie. Raziło ja to bardziej niż pozostałych. Nie wiedziała jednak wszystkiego. A przynajmniej tak mi się tylko wydawało, bo kiedy wróciliśmy do domu znalazła mnie w altance za domem, skąd rozpościerał się widok na Bałtyk i podała bluzę, która o godzinie 22 przy padającym deszczu i odsłoniętych ramionach była niemalże zbawienna.
- Nie siedzisz z Maćkiem?
-  Nie. Mam teraz ważniejsze sprawy. Jeszcze się nasiedzimy. To jak to było z tym Wojtkiem, co?
- Nijak.
- Parę udawaliście tylko przede mną, prawda?
- Prawda. - odetchnęłam.
- Ale się zakochałaś i tak czy siak.
- Kaśka… Ja z nim na czacie rozmawiałam, a już mi się podobał.
- Zapytam wprost. Pieprzyłaś się z nim ?
- Nie.
- Dobra. Często?

- Oj Boże! Ze cztery, może piec razy. A może i sześc? Z resztą... To nie ma znaczenia.
- Fajnie było chociaż? 
 - Spadaj wariatko! - 
uderzyłam ją w rękę. 
- Ma znaczenie, oj ma. Takie rzeczy nie dzieją się ot tak. 
- Następna. - odrzekłam zdenerwowana.
- Nie rozumiem. Jakie to jest wszystko chore! Sypiałaś z gościem, mieszkaliście razem, spędzaliście ze sobą czas i tak po prostu on mówi, że zmienia klub, bo nie ma w Bełchatowie nikogo. Może Wojtek musi to wszystko przemyśleć? Od początku poukładać sobie niektóre sprawy?
- Miał wystarczająco dużo czasu. Za dużo czasu, który ja zmarnowałam czekając. 
- Marcelka, ja wiem, że ty jesteś bezlitosna, mściwa i nie dajesz nikomu dojść do słowa, ale on widocznie coś od ciebie chce, skoro wydzwania i prosi o kontakt. 
- Niech pocałuje się w dupę. Swoją, bo w moją przyjemność.
- Najpierw wysłuchaj, co ma ci do powiedzenia.
- Powtarzam ci jeszcze raz, że miał na to czas.
- Ja też miałam dużo czasu, żeby pokazywać Maćkowi, że go kocham. I wiesz kiedy sobie to uświadomiłam? Jak mnie rzucił. Jak zdałam sobie sprawę z tego, że wszystko spieprzyłam. Jak wyjechał za granicę i nic mi nie powiedział, pomimo tego, że już jakiś czas nie byliśmy razem, przeżywałam najgorsze chwile swojego życia. Ale się nie poddałam. No i go odzyskałam. Teraz wiem, że się opłacało lecieć do tej głupiej Irlandii i siłą przyciągnąć go do Polski. Dużo mnie to nauczyło. 
- Ale ja nie wiem, czy potrafię dać się odzyskać.
- To może odbierz ten telefon, cokolwiek! Daj mu znać, że żyjesz. 
- Nie. Nie mogę. On miał swoją szansę, której nie wykorzystał. Niech cierpi. 
- Będziesz się tutaj ukrywać? 
- To zależy, czy zostanie w Bełchatowie, czy nie. 
- Zaraz, zaraz… Jeżeli przedłuży kontrakt ze Skrą, przeprowadzasz się do Gdańska?
- Albo Warszawy. Zależy, gdzie szybciej dostanę robotę. W Bełchatowie jest miejsce tylko dla jednej osoby z naszej dwójki. 
- Kowalewska, ja ci mówię, że to nie jest koniec twojej przygody z Włodarczykiem. To się dopiero zaczęło.
- A ja ci mówię, że jest. Zobaczysz. Wojtek już dla mnie nie istnieje. 
- A teraz tak szczerze, Marcelka, ty wcale nie chcesz, żeby to był koniec i pewnie gdyby teraz tutaj przyjechał rzuciłabyś wszystko choćby tylko po to, żeby go przytulić. Jestem pewna tego, że jest jedyną osobą, której byś to wybaczyła. Nie musisz nic mówić. Za dobrze cie znam i wiem, że tak jest. Wzbraniasz się tylko, bo czasem lepiej jest coś sobie wmówić na zaś, żeby w razie jeszcze jakiejś minimalnej nadziei przygotować się na najgorsze.
- I co ja mam ci teraz powiedzieć? Że masz rację?
- Nie oczekiwałam na odpowiedź, bo do tego ciężko jest się przyznać. 
- Lepiej udawać twardą. Wtedy mniej cie życie kopie w dupę. Pamiętaj. 

Przemoczona opuściłam altankę i udałam się do swojej sypialni, zamykając się po chwili w łazience, jaka się w niej znajdowała. Po kąpieli, drugiej już dzisiaj, zapaliłam standardowo papierosa.. Przed sobą położyłam telefon, który momentalnie zaczął wibrować. Na ekranie nie wyświetliło się zdjęcie Wojtka, tylko Andrzeja. Mogłam więc normalnie odebrać.
- Tak?
- Ciebie to samą zostawić i już uciekasz!
- Może by tak jakieś przywitanie?
- Gdzie ty jesteś dziecko drogie?
- Gdybym miała pewność, że to zostanie tylko między nami, na pewno bym ci powiedziała.
- To gdzie mam cię szukać?
- Prędko mnie nie znajdziesz. Uwierz mi, Andrzej.
- Dlaczego nic nie powiedziałaś? Wszystko w porządku? Martwię się.
- Czy w porządku, to zależy, z której strony na to spojrzymy. Nikt mnie nie porwał, nie zgwałcił, nie upił, nie pobił ani nic z tych rzeczy. Mam udostępniony dom daleko poza Bełchatowem. Obecnie jestem na wakacjach, chociaż nie ukrywam, że moja obecność tu może przerodzić się w coś innego, na przykład w zmianę miejsca zamieszkania.
- Głupia! Nie wygadasz się? Ani słówka mi nie powiesz?
- Andrzej, błagam. Niczego ode mnie nie wyciągniesz.
- Czyli dalej mam powiedzieć Włodiemu, że nie mam zielonego pojęcia gdzie jesteś? Dzwoni kilka razy dziennie już tydzień i pyta, czy się przypadkiem nie odezwałaś. Zamęczy mnie i siebie przy okazji.
- I mnie, bo od nadmiaru nieodebranych połączeń podłączam telefon do ładowarki minimum trzy razy dziennie.
- Ale się porobiło. Mówił ci coś więcej?
- Tak, rozmawialiśmy przez Skype. Chyba nie jest w najlepszym stanie.
- Spoko, spoko. Pocieszy się, prędko. Zobaczysz.
- Nie pocieszy. Powiedział, że choćby miał góry przenosić to i tak cie znajdzie.
- To ja mu życzę powodzenia. Będzie ciężko.
- Wysłuchaj go. Proszę cię nie w jego imieniu, ale
jako jego przyjaciel i dla własnego świętego spokoju chce wiedzieć, że rozmawialiście. Poza tym, niewiele mi powiedziałaś o tym, jak się czujesz i jak to wszystko znosisz.
- Bo chyba nie chcesz, żebym wyła ci do słuchawki, prawda?
- No nie chcę. Karol pyta, kiedy się zobaczymy.
- W sumie to już niedługo. Wpadnę gdzieś tam, przy okazji. Jakoś się zgadamy. Chyba nie muszę mówić jaki jest warunek.


Zakończyłam rozmowę, po czym sięgnęłam po bilet na ligę światową, który kupiłam wczoraj. Dokładnie w dzień, w którym Andrzej z resztą będą w Gdańsku, zaskoczę ich swoją obecnością. Wojtek zostanie najprawdopodobniej na swoich turniejach w plażówkę, więc raczej się nie zobaczymy. Mimo wszystko tęskniłam za głupotą Andrzeja i Karola. Wiedziałam, że się martwią, a w stanie w jakim się znajduje chyba nie chcieliby mnie zobaczyć. Zbiegłam w dół i z butelką wódki w dłoni poinformowałam rozbawionych przyjaciół, ze wychodzę na plażę, do której dostęp miałam dzięki wyjściu z ogrodu. Usiadłam na mokrym piasku i otworzyłam alkohol. Zaczęłam go pić nie zważając na to, że wykrzywia mi twarz i powoduje gorycz w ustach. Łzy ciekły mi po policzkach, a deszcz jeszcze bardziej zmoczył moje niedosuszone po kąpieli włosy. Miałam milion myśli na minutę. Podświadomie tworzyłam jakiś własny film, zlepek wydarzeń, które przeżyłam z Wojtkiem, urwanych i przemijających tak szybko, jakby ktoś wcisnął gdzieś ośmiokrotne przyśpieszenie. Czas leciał, a ja z każdą sekundą traciłam kontrolę nad tym, co robię. Nadszedł moment, w którym po położeniu się na piaskowym brzegu, urwał mi się film.

Obudziłam się w południe. Sponiewierana, z podkrążonymi oczami i kacem moralnym. Domyśliłam się, że z plaży najprawdopodobniej nie wróciłam o własnych siłach. Było mi wstyd. Wstyd za swoją słabość, bezradność i dumę. Bo byłam zbyt dumna. Zbyt dumna na błaganie Wojtka o to, aby wrócił. Dopiero teraz pomyślałam, że alkohol, choćby w nie wiadomo jak dużej ilości nie jest lekiem na smutek, a tyk bardziej nie jest Wojtkiem.





Dodaję dziś ze względu na czas. Od jutra do poniedziałku będzie go bardzo mało. A od wtorku wcale. Budapeszcie - nadchodzę.

czwartek, 15 maja 2014

#16


 Początek czerwca, 2014 - Bełchatów. 




 Tysiąc wypitych razem kaw
Głupia myślałam, że cię znam.

- Wojtek, co to jest? 
Tylko tyle udało mi się powiedzieć widząc informację dotyczącą odejścia Włodarczyka z Bełchatowa. 
- Marcelka…
- Wojtek, jakie Niemcy?!  Wyjeżdżasz z Bełchatowa do Niemiec?
- Poprosiłem o wypożyczenie.
- Jakie wypożyczenie?! 
- A powiedz mi, jakie miałem wyjście? Pół sezonu przesiedziałem w kwadracie dla rezerwowych. Nie płacą mi za uzupełnianie miejsca na ławce. Chce grać więcej.
- Nie wierze. No po prostu, kurwa, nie wierze. 
- A ja nie wiem, dlaczego ty się tak pieklisz. Poza tym, to niepewne. Jeszcze nie zdecydowałem ostatecznie. 
- Skoro nie wiesz dlaczego, to może zaczniesz się już pakować? 
- Jeżeli chodzi o Niemcy, mam stawić się początkiem września na pierwszym treningu. Klub znajdzie mi mieszkanie. Wyjechałbym do Friedrichshafen najprawdopodobniej końcem sierpnia. 
-  No, jedź, na co jeszcze czekasz? Najpierw Stany, później Niemcy… Światowo. 
- Marcelka, uspokój się! - Wojtek trzymał mnie za ramiona, a ja rzucałam się na wszystkie strony, chcąc wyswobodzić się z jego uścisku. 
 - Przecież jestem spokojna. Od kiedy to wszystko planowałeś?
-  Jeszcze przed meczami o mistrzostwo polski. Jadę zatankować. Jedziesz? 
- Nie, zostanę. 
Wojtek opuścił mieszkanie. Cisza, jaka w nim panowała sprzyjała tylko i wyłącznie skupianiu się na jednym. Ciągle patrzyłam w monitor laptopa i wyświetloną wiadomość od niemieckiego klubu na poczcie elektronicznej Włodarczyka. W poczuciu bezsilności mieszał się żal za kłamstwo i tęsknota, chociaż jeszcze nie wyjechał. Uszczypnęłam się w rękę, bo miałam nadzieję, że to tylko zły sen. Niestety. Wiadomość nie zniknęła, a złość spotęgowałam rzucając telefonem w lustro. Ekran pękł, a szyba rozprysnęła się po całym przedpokoju na milion kawałków, ścieląc na podłodze lustrzany dywan i przestając być tym samym ozdobą ściany.  Niespodziewanie pojawił się Andrzej, który od razu popatrzył na bałagan i zapewne domyślił się co przed chwilą zrobiłam. 
- Ile wiedziałeś?  - zapytałam na wstępie.
- Ale mówisz o wakacjach z chłopakami w Stanach?
 - Dobrze wiesz, o czym mówię. O Stanach wiedziałam szybciej niż ty.
- No dobra. Wiem. Jakieś pięć tygodni. Co teraz?  
- Nic. Czekałam na niego, a on mnie prawdopodobnie zostawi. Czekałam, aż wreszcie się określi. Wiesz jak się czuję? Jak szmata. Wykorzystał mnie! W dodatku za parę dni wyjeżdża. No i co się tak patrzysz? 
- Czyli, że wy ze sobą …
-  Jak ja mogłam być tak ślepa? I jeszcze mnie okłamał. Nie powiedział słowa na temat jakiegokolwiek wypożyczenia. Nigdy nic nie wspomniał!  Od tak wszystko zostawia i zmienia klub!
- To z jednej strony jest dobre rozwiązanie. Może pogra więcej niż w Bełchatowie. To najlepszy czas dla zawodnika na rozwój. Jak nie teraz, to kiedy? Jest młody, bardzo zdolny, niech się rozwija.
 - Owszem. Ale mnie zranił, rozumiesz?
- No tak. Rozumiem. 
 Odprowadziłam Andrzeja na parking pod blokiem, bo śpieszył się na spotkanie z prezesem, a ze względu na ciągłe treningi z reprezentacją czasu miał rzeczywiście mało.
- Do zobaczenia! Trzymaj kciuki za naszych orzełków!
- Wyściskaj ode mnie Karola. Jak będziecie w Warszawie albo w Bełchatowie w domu to dajcie znać. 
Przytuliłam Wronę i skierowałam się w stronę swojego samochodu. 


Jesteś w ramionach anioła. Może odnajdziesz tu jakieś pocieszenie. 

Po dziesięciu minutach dojechałam do celu, którym była ulica Boczna. Bałam się wchodzić do środka. Nie wiedziałam jak będzie wyglądała rozmowa z ojcem po rozprawie. Biorąc głęboki wdech złapałam za klamkę i przekroczyłam próg, słysząc damski głos dobiegający z jadalni. 
- Co do cholery? - powiedziałam sama do siebie i zaciekawiona wyjrzałam zza futryny. Moim oczom ukazał się widok uśmiechniętej Gosi i nie mniej uradowanego ojca. Obydwoje siedzieli na przeciw siebie i trzymali się za ręce. 
- To tak się dziś zachowują rozwodnicy? Romansują sobie w domu i szczerzą się do siebie? 
- Nie ma rozwodu. 
- Widzę. 
Moja radość była przeogromna, ale nawet pomimo to tato od razu zobaczył, że nie jestem dziś do końca w humorze. 
- Usiądź. 
- Nie będę wam przeszkadzać. 
- Marcela! - podniósł głos jak na małą dziewczynkę i już wiedziałam, że nie ukryję przed nim swojego samopoczucia. 
- Wszystko w porządku? 
- Tak, Gosiu. Jestem tylko trochę zmęczona. Nie wyspałam się.
- Bujać to ty możesz Wojtka i to nie wiem. 
- Oj tato... Gdybyś ty wiedział, jak to on mnie hm... Obujał. 
- Jadę po rzeczy. Zostawiam was samych. Siedząc chwilę na jej miejscu przeprosiłam ojca i wybiegłam na górę zamykając się w swoim pokoju, którego ściany widziały już moją niejedną łzę. Położyłam się na łóżku i płakałam. Ojciec nie dał za wygraną. Wszedł i usiadł obok, głaszcząc mnie po głowie. 
- Bez względu na to ile masz lat, zawsze będziesz moim dzieckiem i twój płacz zawsze będzie rozrywał mi serce. Co się stało?
- Wojtek prawdopodobnie zmienia klub.  Planuje wyjechać końcem sierpnia do Niemiec, do nowego mieszkania. Od września miałby zacząć treningi. W dodatku mnie okłamał. Wiedział od miesiąca i nic nie powiedział. Rozumiesz? Dodatkowo jedzie za kilka dni do Stanów z kolegami. Dostał tę wizę. Mówiłam ci niedawno.
- Nie jesteś sama w Bełchatowie. Możesz tutaj wrócić, przyjechać, poradzić się albo po prostu przytulić. Musimy sobie pomagać. Wojtek zrozumie. A jeżeli nie, to osobiście go skopię. 
- Czasem się zastanawiam, jak ci się kiedyś za to wszystko odwdzięczę. 
- Dla mnie największym szczęściem będzie twoje szczęście i twój uśmiech



W rzucaniu kamieniami słów,
 znowu przegrywam trzy do dwóch.


Wróciłam do mieszkania napotykając na rozbity telefon i szkło. Schyliłam się i zaczęłam zbierać odłamki, które od razu rozcięły moją dłoń w kilku miejscach. Wyprostowałam się i patrzyłam jak krwawi, chociaż w porównaniu do mojego serca krwawiła i tak słabo. Nie zwróciłam nawet uwagi na Wojtka stojącego przede mną z plastrem. Bez słowa zajął się opatrzeniem mojej ręki, po czym usiadł na łóżku. Zajęłam miejsce obok i zasłoniłam się włosami, aby nie zauważył ani jednej łzy płynącej po policzku. Chwilowo siedzieliśmy w milczeniu.
- Nie sprzątałem, bo zacząłem się pakować. Gdzie byłaś przez cały dzień?
- A tu i tam. Jesteś głodny?
- Nie, jadłem na mieście. O co ci chodzi?
- O nic. Przecież wszystko w porządku.
- To dlaczego jesteś na mnie zła? Ślepy nie jestem. Gwoli wyjaśnienia,  czekałem na moment, aż wszystko się potwierdzi. Sam jeszcze do końca nie wiem, czy wyjadę. W Bełchatowie trzymacie mnie wy, wszyscy znajomi. I tylko tyle.
- Tylko tyle, tak?
Byłam wściekła. Tak wściekła, że miałam ochotę uderzyć Włodarczyka za całokształt jego działań i takie ich zwieńczenie, jakie przed chwilą usłyszałam. Pomyślałam, że będę twarda. Nienawidziłam pokazywać swoich słabości, chociaż w tym momencie ewidentnie czułam się słaba. Targały mną same negatywne emocje, takie jak zemsta, bo tym zazwyczaj broniłam się, kiedy było źle. Niestety nic nie przychodziło mi do głowy. Zmęczona całym dniem, wzięłam prysznic i już o godzinie dwudziestej pierwszej położyłam się spać. W końcu jutro mój wielki dzień. 



Patrzę jak miesza się to, czego nie ma i to, co jest.

O dziesiątej byłam już w Łodzi i czekałam na wezwanie. Temat mojej pracy magisterskiej łączył nie tylko elementy czysto dziennikarskie, ale także jedną z moich ulubionych dziedzin nauki jaką jest historia współczesna. Pisałam między innymi o dziennikarstwie w okresie stanu wojennego. Zdaniem mojego opiekuna wszystko powinno pójść pomyślnie, jednak byłam kłębkiem nerwów i chciałam mieć to za sobą.  W między czasie odebrałam co najmniej dziesięć wiadomości treści: ''Powodzenia!'', w tym od Włodarczyka. Wiedziałam, że muszę udowodnić coś nie tylko sobie. Weszłam do pomieszczenia, które w myślach nazwałam 'sądem ostatecznym' i wzięłam trzy głębokie wdechy. Chciałam cieszyć się tak samo jak moje koleżanki z roku. Miny siedzących przede mną osób były jak już słyszałam na korytarzu, przerażające. Z pewnością siebie rozpoczęłam prezentację. Po dwudziestu pięciu minutach wyszłam z ''sądu ostatecznego'', a zdaniem znajomych moja twarz przypominała kolor szpitalnych, białych ścian.
- I co? Najlepsza dziennikarka wydziału zdała?
- Zdała! - krzyknęłam i podskoczyłam w górę.
- Na?
- Na pięć! Boże! Mam to za sobą!
Pierwszą osobą, z którą pojechałam się podzielić radosną nowiną była mama. Przyjechałam na cmentarz, zapaliłam znicz i usiadłam naturalnie na ławeczce.
- Mówiłaś mi, że sobie poradzę. I poradziłam! Chociaż najgorsze przede mną.
Po kilkunastu minutach siedzenia w ciszy pojechałam oczywiście do taty, na którego czekałam. Wrócił z pracy pół godziny później niż zazwyczaj, krzycząc do Szymona już od progu.
- Szymek! Dzwoniła? Jak jej poszło?
- Wita cię twoja córka, magister dziennikarstwa i komunikacji społecznej Marcelina Kowalewska. Zdałam!
- Wcale mnie to nie dziwi. Jesteś najlepsza! A certyfikat językowy odebrałaś?
- Odebrałam. Za kilka dni mam pojawić się w dziekanacie i jestem wolna. Mogę szukać roboty. 
- Trzeba to uczcić. I chyba nawet wiem jak.
- Co zaplanowałeś? 
- Dziadkowie chcą przyjechać na trochę do Bełchatowa. Zaproponowali, żebyś razem ze znajomymi pomieszkała w Gdańsku. Taka t wymiana. Mogłabyś wziąć Wojtka. Morskie powietrze nie zaszkodzi. Odstresujecie się.  
- No fakt, skoro ze znajomymi to Włodi nadawałby się w stu procentach. Powiedział mi wczoraj, że chce zmienić klub, bo w Bełchatowie ma tylko znajomych i tyle. Aha. Mówił jeszcze, że nic go tu nie trzyma. No, ale nic. Nie ma o czym mówić. Sparzyłam się i tyle. Kiedy babcia z dziadkiem przyjeżdżają? 
Ojciec przytulił mnie, bo wiedział, że szybka zmiana tematu ma być tylko odwróceniem uwagi od tego, co się we mnie kotłuje.
- Widocznie tak miało być, tatuś. - powiedziałam przez łzy. - To odpowiesz mi na moje pytanie?
- Mają być w czwartek wieczorem. Dopiero wtedy dziadek będzie mógł zostawić firmę pod opieką innych.
- Dziś środa. Więc w piątek rano pasowałoby już jechać. Im szybciej tym lepiej. Zadzwonię do Patryka i Magdy. Może zdecydujemy się na obecność Kaśki i Maćka.
- No widzisz córcia, odpoczniesz trochę. Sama wiesz, że nerwy ci nie sprzyjają, a z nikim lepiej nie spędzisz czasu jak z Patrykiem i resztą.
- Powiedzmy. 

Obdzwoniłam przyjaciół, którzy na pomysł moich dziadków zareagowali z większym entuzjazmem niż ja. Wszyscy bez wyjątku zgodzili się na wyjazd. Ja jednak nie byłam przekonana. Wróciłam do mieszkania i od razu usłyszałam pytanie.
- Zdałaś?
- Zdałam.
Jak się okazało czekała na mnie kolacja, prawdopodobnie chińszczyzna. Ze sztucznym uśmiechem, który Wojtek niewątpliwie zobaczył, usiadłam przy stole. Zaczęłam jeść od razu, żeby tylko nic nie mówić.
- Jutro lecę, więc to ostatnia nasza kolacja przed moimi wakacjami.
- Wiem. - odpowiedziałam lakonicznie
- Nie będzie mnie jakieś trzy tygodnie. Szkoda, że nie udało ci się załatwić wizy. Poznałabyś resztę  znajomych, między innymi mojego przyjaciela Kubę i kilka moich koleżanek, które mieszkają tam na stałe. 
- No, szkoda. Wielka szkoda. 
- Ej! Uśmiechnij się, dzisiaj twój dzień!
- Racja. O której wy właściwie jedziecie do Warszawy na lotnisko?
- Wyjeżdżamy o ósmej  z Bełchatowa. Dlatego obudzę cię rano, bo miałaś nas podwieźć. Obiecałaś mi!
- To może pójdziesz już spać? Ja raczej problemów ze wstawaniem nie miewam.
Wojtek zasnął w przeciągu piętnastu minut a ja przy zgaszonym świetle standardowo siedziałam na balkonie i paliłam jednego papierosa za drugim. Uznałam, że to najwyższy czas, aby zacząć myśleć o sobie a nie o kimś, kto niczego z wyjątkiem dobrej zabawy w łóżku bez zobowiązań ode mnie nie oczekuje. Postanowiłam, że kiedy Wojtek wróci z Ameryki, nie zastanie mnie w mieszkaniu. Nie będzie ani mnie, ani moich rzeczy. Nie będzie niczego co ze mną związane. Będę w Gdańsku dłużej niż czas jego wakacji. Pomyślałam nawet, że tam zostanę. Ułożyłam sobie w głowie, jak będzie wyglądać nasze poranne pożegnanie w Warszawie. Nie chciałam iść jeszcze do łóżka, więc po cichu wyciągnęłam z szafy wszystkie swoje rzeczy i w dwóch walizkach zniosłam je do bagażnika. Było tego niewiele, ponieważ reszta ciągle była na Bocznej. Zostawiłam na górze tylko to, co najpotrzebniejsze, czyli między innymi kosmetyki do porannej toalety i zmarznięta, bo miałam na sobie tylko piżamę, w końcu poczułam zmęczenie.



A potem kiedy mówię wprost, 
milczysz i odwracasz wzrok. 


Z zadowolonymi i podekscytowanymi chłopakami w drodze do stolicy nie zamieniłam ani słowa. Weszliśmy wspólnie na obiekt lotniska. Po wszystkich formalnościach związanych z odlotem ze łzami w oczach poprosiłam Wojtka na bok. W ręce trzymałam klucze od naszego wynajmowanego mieszkania, które najpierw położyłam na dłoni Włodarczyka, a następnie ścisnęłam ją mocno w pięść.
- Proszę, mnie już nie będą potrzebne. 
- Ale jak to?
- Wojtek, przepraszam, chociaż chyba nie mam za co.
- Nie rozumiem?
Zacisnęłam pięści i wydusiłam z siebie kilka słów, zapominając o tym, co planowałam w nocy.
- Wiesz co? Opowiem ci historię o dwojgu ludzi. O kobiecie, która zakochała się w pewnym mężczyźnie. Jak głupia czekała na decyzje o wspólnej przyszłości. Dała się zaciągnąć do łóżka. Dała się całować, przytulać. Dała się pocieszać, chociaż nie lubiła, gdy ktoś to robił. Dała mu wszystko co miała. Wsparcie, zainteresowanie, dobre słowo, może to zabrzmi banalnie, ale zaufała mu najbardziej ze wszystkich ludzi i pewnie domyślasz się o co chodzi. A przede wszystkim miłość. Dużo miłości. Ciągle się łudziła, że w końcu i ona poczuje się kochana i wreszcie zacznie stąpać po pewnym gruncie Liczyła na niego. I wiesz co ją spotkało? Odrzucenie. Bo ten facet chciał ją tylko na chwilę. A jeśli na dłużej, to tylko po to, żeby ją wykorzystać, bo była mu potrzebna i było mu z nią lżej niż samemu.  Ten facet nie chciał ani związku, ani zobowiązań. Tylko nie przewidział jednego. Że bardzo ją zranił i narobił jej nadziei. A wiesz jak się poznali? Przez internet. A wiesz kim jest ten facet? Nazywa się Wojciech Włodarczyk. 

Chwyciłam Wojtka za twarz i przyciągnęłam ją do swoich ust, aby ostatni raz poczuć się wyjątkowo. Chciałam go zranić tak samo, jak on zranił mnie tym, że najpierw dał, a później pozbawił nadziei. W końcu z bólem serca oderwałam się od jego ust i szepcząc tylko:
- Kocham cię. Miłych wakacji. Może się jeszcze kiedyś spotkamy. 

 W jego oczach widziałam coś w rodzaju zdezorientowania  i zaskoczenia. Szybkim krokiem udałam się w stronę auta i z piskiem opon ruszyłam w stronę Bełchatowa.

czwartek, 8 maja 2014

#15

Ty widzisz, że nawet, kiedy śpię, płonę.


Kontynuacją wczorajszego pocałunku było opuszczenie imprezy i pokierowanie się do naszego mieszkania. Po maksymalnie trzech lampkach szampana, jako że jeszcze przed imprezą postanowiliśmy trzymać poziom, niemalże trzeźwi, ale tylko pod względem braku promili, wylądowaliśmy w łóżku Wojtka, które uznał za większe i wygodniejsze. Nie miałam nic przeciwko, bo faktycznie takie było. Obudziły mnie jego delikatne pocałunki składane na moich wargach. Uśmiechałam się lekko po czym ponownie wtuliłam się w klatkę piersiową Włodarczyka mrucząc pod nosem, że jeszcze nie wstaję.  Czując jak miarowo oddycha ponownie zasnęłam. Niestety nie dane nam było dłużej odpoczywać. Ktoś dobijał się do drzwi najpierw pukając kulturalnie, później waląc pięścią. Zerwałam się na równe nogi i ubrałam koszulkę Wojtka, schylając się chwilę później po dół mojej bielizny.
- Wstawaj, może coś się stało.
- Maaaarcel, to pewnie Kłos. Wyspał się i przyjechał powspominać wczorajszą imprezę.
Nie zwracając uwagi na to, że wyglądałam jednoznacznie i każdy, kto w tym momencie by mnie zobaczył miałby identyczne skojarzenie, od niechcenia otworzyłam drzwi.
- No nareszcie! Ile można spać!
- Mówiłem?
- Karol, serio? - Wojtek popatrzył na Kłosa z wyrzutem i biorąc pierwszy lepszy ręcznik ukradkiem zawiązał go wokół swojej talii, po czym wstał i podszedł do naszego gościa podając mu dłoń.
- Eeeee… Nie no. Przepraszam. Byłem u Andrzeja, a ten śpi, chociaż chwilę wcześniej widziałem go na Facebooku.  Kurcze, chyba przyszedłem nie w porę.
- Bardzo nie w porę, ale ty zawsze byłeś inny.
Karol był wyraźnie zmieszany, a Wojtek wściekły. Ja zaś nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem, powodując, że wprawiłam Kłosa w jeszcze większe zakłopotanie.
- Nie no… W porządku, Karol. Zjesz coś?
- To ty zrób Karolowi coś do jedzenia, a ja pójdę pod prysznic.
Włodarczyk zniknął w łazience, a ja razem z Karolem zabrałam się za robienie herbaty i jajecznicy.
- Wiedziałem, że coś jest na rzeczy. - poruszył brwiami.
- O dziwo Andrzej też.
- Rozmawialiśmy o tym i stwierdził, że z tobą pogada. Był już w tej sprawie?
- Był, był.
- I co?
- Powiedz mu, że pozwoliłam, żeby ci się wygadał.
- Skubany. Faktycznie zachował dyskrecję.  No ale Andrzej to Andrzej. U niego wszystko jak kamień w wodę.
Po kilkunastu minutach do kuchni wszedł ubrany, ogarnięty i wypachniony Włodarczyk.
- Zostało coś dla mnie?
- Jasne! - nałożyłam mu usmażoną jajecznicę na talerz i pofatygowałam się nawet o zrobienie herbaty, chociaż dziwnie bolały mnie wszystkie mięśnie i straciłam chęci na cokolwiek, nawet na jedzenie. Najedzony Karol wyszedł, dziękując wcześniej za wszystko i jeszcze dobre dziesięć razy przepraszając za naruszenie prywatności.  Czując się już nieco swobodniej zdjęłam koszulkę Wojtka rzucając ją w jego stronę i zasłaniając się ciuchami, które miałam dziś ubrać zamknęłam za sobą drzwi od łazienki.


Chłodno tak, może widzę Ciebie już ostatni raz?


Obiecałam tacie, że odwiedzę go, kiedy tylko będę mieć trochę czasu. Wojtek pojechał na kolejną imprezę zakańczającą sezon, tym razem z kibicami. Ku jego niezadowoleniu wybrałam się do domu rodzinnego sama drocząc się, że skoro tak bardzo lubi Marka, może jechać do niego niekoniecznie ze mną. Po drodze próbowałam dodzwonić się do ojca, ale niestety bezskutecznie. Zaparkowałam pod bramą i z uśmiechem na ustach wyszłam z auta w stronę drzwi, w których minęłam się z Gosią. Trzymała w ręce torbę i kierowała się do samochodu z otwartym, pełnym od walizek bagażnikiem.
- Oddaję. - położyła na mojej dłoni komplet kluczy i wyszła. Zszokowana całym zajściem niezauważenie przemknęłam na górę do pokojów chłopaków widząc kątem oka ojca siedzącego na kanapie w salonie i trzymającego twarz w otwartych dłoniach.
- Mogę prosić o jakieś wyjaśnienia?  - zapytałam braci siedzących w jednym pomieszczeniu.
- Od jakiś dwóch, może trzech tygodni ciągle się kłócą.
- Dlaczego?
- Tato ciągle opowiadał o mamie, co gotowała, co i w jaki sposób robiła, pouczał Gosię i porównywał je obydwie, nawet jeżeli chodziło o wygląd. Sam chyba tego nie kontrolował. Gosia zaczęła się stawiać, że nie nazywa się Anna i że ani trochę  jej przecież nie przypomina. Nie rozmawiali ze sobą prawie wcale z wyjątkiem bezustannych kłótni.  Dzisiaj, przy obiedzie ojciec stwierdził, że to nie ma sensu. No i takim oto sposobem Gosia spakowała się a resztę już sama widziałaś.
- Szymon, próbowałeś rozmawiać z ojcem?
- Ja próbowałem. - odezwał się, młodszy z braci.
- I co?
- Tato powiedział, że i tak nic na to nie poradzę i zmienił temat. Szymonowi tak samo.
- Ale Gosia dawała tacie jakieś powody do tego, co mówił?
- No właśnie nie. Wręcz przeciwnie. Super się dogadywaliśmy z nią.
Byłam tak zdenerwowana, że nie wiedziałam co zrobić. Nie wiedziałam, czy jechać do Gosi i z nią porozmawiać, czy zejść i wysłuchać ojca. Słysząc trzaśnięcie drzwi, zdałam sobie sprawię z tego, że zostało mi to pierwsze, bo ojciec właśnie wyszedł z domu i nawet nie zwrócił uwagi, że przyjechałam.
- Dobra chłopaki, zamówcie sobie pizze. Aha. I to nie jest najlepszy pomysł, żeby ktokolwiek się do niego zbliżał, przynajmniej dziś. Wiecie jaki on jest…
- A ty gdzie jedziesz?
- Wyjaśnić sprawię z Gosią, przecież tak nie może być.

Zapukałam do mieszkania Małgorzaty, która widząc mnie w drzwiach mocno się zdziwiła.
- Chłopcy pamiętali gdzie mieszkasz, mogę?
Bez słowa wpuściła mnie do środka. Prawdopodobnie zastałam ją wypakowującą swoje rzeczy.
- Nie przyszłam bronić ojca, bo chłopcy wystarczająco mi już powiedzieli. Przyszłam tylko wysłuchać twojej wersji.
- Ale co ja mam ci powiedzieć? Że zdaniem Marka w niczym nie dorównam twojej matce? Ciągle jest to samo. On nie potrafi być z kimś innym. Traktuję ciebie i chłopaków jak swoje dzieci, ale to małżeństwo nie ma prawa  bytu. Pobłażałam Markowi długo, nawet wtedy, kiedy nie byliśmy jeszcze małżeństwem, ale od jakiś trzech tygodni po prostu sobie z tym nie radę.  Poza tym, on już powiedział, że nie chce ze mną być i że się męczy, a przy okazji i mnie.  Próbowałam tutaj uciekać, na przykład na noc, ale za każdym razem kiedy wracałam na Boczną sytuacja powtarzała się. Jest tylko jedna rada na to, żebyśmy się zeszli.
- Jaka?
- Musiałabym być twoją mamą. Wiem, w jakiej jesteś sytuacji. Chcesz  pomóc i mnie u ojcu, ale ja się po tym wszystkim pozbieram. Pomóż lepiej jemu. On bardziej potrzebuje pomocy.
- I już definitywnie chcecie się rozstać?
- Dzisiaj przy pakowaniu rzeczy doszliśmy o dziwo na spokojnie właśnie do takiego rozwiązania.
- To słabo. Bardzo.
- Marcelka, kochanie. Marek jest mądrym człowiekiem. Wie co robi.
- Wydawało mi się, że jak ludzie się kochają, są w stanie przezwyciężyć wszystkie przeszkody. Widocznie się myliłam.
- Nie myliłaś się. Problem tkwi w tym, że twój ojciec mnie nie kocha. I doskonale wiesz dlaczego.
- Bo nie jesteś Anną Kowalewską?
- Dokładnie.

Pożegnałam Gosię ściskając ją z całej siły i pojechałam do domu z nadzieją, że w końcu zastanę tatę. Coś mnie jednak tknęło i skręciłam w ulicę, na której znajdował się cmentarz. Jak się okazało - strzał w dziesiątkę. Ojciec siedział na ławce i ze schowanymi do kieszeni dłońmi ślepo patrzył w tabliczkę na nagrobku. Usiadłam obok nie oddzywając się ani słowem.  Wiał silny wiatr i czuć było pojedyncze krople deszczu spadające na twarz. Z założonymi rękoma czekałam na jakiekolwiek słowo skierowane w moją stronę. W końcu usłyszałam tylko cicho zadane pytanie.
- Co chcesz wiedzieć?
- Chcę wiedzieć tylko, czy wiesz co robisz.  Bo reszta jest mi znana.
- Wiem Marcelka. Gdybym nie wiedział, to bym tu dzisiaj nie siedział… Nie siedziałbym tu codziennie. Wiesz… Jedź do chłopaków. Wyjaśnij im wszystko, przyjadę wieczorem. Muszę jechać później na komisariat, bo mnie wzywali. Rano złożę pozew.
- Jasne. Tylko uważaj, bo za 15 minut zamykają.
Widząc, że ojciec nie miał ochoty na rozmowę opuściłam cmentarz. Było przed dwudziestą drugą. Przyjechałam do domu i jak się okazało Kuba oglądał telewizję a Szymon jak zwykle urzędował na komputerze.
- O! Marcel, czekaliśmy na jakieś wieści.
- Wieści, chłopaki, to raczej są złe. Gosia i tato prawdopodobnie nie będą już razem. Sami wiecie dlaczego.
- Bo nikt nie zastąpi tacie mamy?
- Tak, Kuba.
- Szkoda. Przez chwilę było normalnie. Byliśmy pełną rodziną.
- To będą trudne chwile, ale zawsze sobie dawaliśmy radę i nadal musimy wspierać tatę.



Tylko w taki dzień, w mieście, gdzie od dawna zakazano łez - znajdę Cię. 


Rozmowa z braćmi była szczególnie trudna, bo o ile Szymon doskonale wszystko rozumiał, Kuba wyraźnie zasmucił się na nowiny, z jakimi przyjechałam do domu.  Było mi źle. Cholernie źle z tym, że znów wszystko się rozwala, a ja nie jestem w stanie wpłynąć na decyzję ojca i muszę patrzeć,  jak Szymon z Kubą znowu tracą nadzieje na normalną rodzinę. Przed północą wrócił tato, więc żegnając się ze wszystkimi pojechałam do mieszkania, w którym przynajmniej jeszcze przez dwie, może trzy godziny miałam zostać sama. Wykąpałam się i ubrana w bluzę Wojtka sięgającą do połowy ud, usiadłam na krześle z kolanami pod brodą. Modliłam się, żeby Włodarczyk wrócił jak najszybciej. Nieważne w jakim stanie. Nie chciałam być sama, bo zbierało mi się na płacz. Minuty mijały bezlitośnie. Stukając telefonem o stół siedziałam w takiej pozycji jak wcześniej do drugiej. Analizując każdą chwilę, począwszy od przyjazdu na Boczną, zaczęłam płakać. Płakać nad losem swojej rodziny i w obawie o swoją przyszłość, bo przecież nie chciałam tego losu podzielać. Cicho łkając zmoczyłam łzami swoje kolana i rękawy nieswojej bluzy. O godzinie 2:30 dyskretnie otworzyły się drzwi wejściowe. Cholera! Akurat wtedy, kiedy byłam w stanie totalnej rozsypki. Światło było zgaszone, więc miałam nadzieję, że zostanę niezauważona, bo usadowiłam się w kącie. Wojtek wszedł do łazienki, wziął prysznic, a następnie po ciemku sprawdził obydwa łóżka, kuchnię i łazienkę, bo coś ewidentnie mu nie pasowało. Zdradziło mnie jednak szlochanie.
- Mała, dlaczego ty płaczesz? Co się stało?! - przykucnął przede mną i wytarł kciukiem cieknące po policzkach krople.
- Przyjechałam do ojca Gosia na moich oczach wyprowadziła się. Ojciec nie chce z nią być, a wiesz dlaczego? Bo nie jest moją mamą. Nie chce jej ranić tym, że będzie ją zawsze do niej przyrównywał. Nie chce jej ranić tym, że jej nie kocha i że jej funkcja polega tylko i wyłącznie na wypełnieniu pustki związanej z brakiem mamy. Chłopcy znowu stracili nadzieje na choć trochę normalności, ojciec wnosi jutro pozew. Jest mi tak źle, tak źle, że to wszystko będzie miało taki koniec. - powiedziałam prawie jednym tchem, na co Wojtek podniósł mnie z krzesła i z całej siły do siebie przytulił wplatając dłonie w moje włosy.
- Nie mam wpływu na tą decyzję, bo nie mogę tacie zaplanować szczęścia. On nie chce żeby ktokolwiek doradzał mu, co ma robić. Zamknął się w sobie i znormalnieje dopiero wtedy, kiedy zostanie sam, a w myślach nie będzie innej kobiety z wyjątkiem mamy, ale przecież nic jej życia nie wróci.
Bezustannie płakałam mocząc podkoszulek Wojtka, który coraz mocniej mnie do siebie tulił.
- Nigdy nie widziałem, jak płaczesz i nie chcę już nigdy tego widzieć. - odparł z troską w głosie a uścisk jego silnych ramion ani na trochę nie stał się łagodniejszy. Miało to tylko swoje plusy, bo z każdą chwilą emocje ustawały.
- Wojtek, mogę spać z tobą? - wypaliłam. - Nie chcę sama.
- Nawet bym ci nie pozwolił.
Tak, jak zaczęłam dzisiejszy dzień, tak go skończyłam. Roniąc jeszcze pojedyncze krople łez wtuliłam się w klatkę piersiową Wojtka i czując jego dłonie głaskające moje zmęczone ciało przymykałam oczy.
- Masz dreszcze.
- Bo od rana czuje się średnio.
- O tym porozmawiamy rano.





*


Poprawiony, nadający się do czytania (mam nadzieję). Wstawiam już teraz ze względu na to, że szykuje mi się totalny brak czasu w weekend i ciężki przyszły tydzień. Dziś i jutro zajmę się pisaniem rozdziału na kiedyś tam. Znając Repugnance, namówi mnie, żebym dodała szybko, ale już nie ulegnę, oj nie, nie! :* 


sobota, 3 maja 2014

#14

Karol i Andrzej byli częstymi gośćmi w naszym mieszkaniu. Któregoś dnia postanowiłam zaprosić również swoich znajomych, mianowicie Patryka i Magdę. Myślałam też o Kaśce, ale biorąc pod uwagę naszą relacje, szybko odegnałam od siebie te myśli. Choć minęło kilka dni od nocnego incydentu z Wojtkiem nie wspominaliśmy o tym więcej i traktowaliśmy się normalnie. Spaliśmy w osobnych łóżkach, ale witaliśmy się i żegnaliśmy buziakiem w policzek, często pożyczaliśmy sobie wzajemnie samochody, a czasami odbieraliśmy za siebie telefony, kiedy któreś z nas nie mogło aktualnie rozmawiać. Kiedy byliśmy sami oglądaliśmy telewizję, wychodziliśmy coś zjeść na miasto, chociaż chciałam nauczyć Wojtka lepić pierogi i robić gołąbki, pisaliśmy artykuły na moje zajęcia. Wojtek pokusił się nawet o pójście ze mną do kosmetyczki i dzielnie wytrzymywał damskie plotki oraz opary acetonu. Nie wspominając już o naszych wyjazdach na zakupy do Łodzi, gdzie odkryłam, że Włodarczyk ma całkiem niezłe oko i potrafi dobrze doradzić.  Dla osób trzecich wyglądamy jak para, chociaż większość z nich powstrzymuje się od komentarzy. Dotyczy to przynajmniej tych, które mnie znają i wiedzą, że umiem odpowiedzieć opryskliwie, obchodząc przy tym temat na około. Wiedzą, że sama powiem wszystko w czasie, który uznam za stosowny.
- Zaprosiłam dziś Patryka z Magdą.
- A ja Andrzeja z Karolem.
- To co, robimy akcję zapoznawczą?
- zapytałam.
- Karol zna Patryka. Widziałem ich kiedyś na mieście jak rozmawiali.
- No to super. Jedno z głowy. Ale musisz jechać na jakieś większe zakupy. Lodówka pusta.
- Już się robi
. - odpowiedział posłusznie.
Wysłałam Włodarczyka do sklepu po parę rzeczy na dzisiejsze spotkanie. Chwilę później, ktoś wszedł bez pukania krzycząc tylko:
- Buuu!
 - Andrzej, czy ty chcesz żebym ja dostała zawału?!
- Jak zawsze miła Kowalewska, a gdzie Włodi?

- Pojechał do jakiegoś supermarketu po żarcie.  Sądząc po liście produktów jaką dostał, szybko nie spełni swojego zadania. - uśmiechnęłam się ironicznie.
- To się nawet dobrze składa. Bo właściwie to przyjechałem do ciebie.
- No nie. Andrzej z poważną miną.
- Marcela, czemu chcesz wyjechać?

- Czyli już was Wojtek zdążył poinformować?
- Przyszedł nieźle wkurzony, nie chciał nam powiedzieć co mu jest. Dopiero jak Karol zapytał o ciebie to odburknął, że teraz rozmyślasz nad swoją przeprowadzką do Gdańska i szybko zmienił temat.
- Dostałam propozycję pracy, a mieszkać miałabym u dziadków. Chodzi o posadę w redakcji gazety modowej. Żona taty mogłaby mnie wkręcić, więc tylko mnie zapytano co o tym sądzę.  Nie powiedziałam mu, że jadę. Oczywiście jestem za, chociaż kocham Bełchatów i …
- I Wojtka Włodarczyka
. - przerwał.
- Andrzej,  to wszystko nie jest takie proste.
- No ale na takie wygląda. Mieszkacie razem. To już wiele znaczy. Ale … Skoro już rozmawiamy...
- popatrzył na mnie pytająco, jakby oczekiwał, że będę kontynuować.
- Mogę ci zaufać?  - pokiwał twierdząco głową.  - Bo widzisz. Nie mogę oczekiwać od Wojtka tego, że mnie pokocha.
- A skąd wiesz, że nie kocha?

- Ciągle podkreśla, że nasz związek, który udajemy przed moją byłą przyjaciółką to ściema i gra.  Zgodziłam się, żeby z nim zamieszkać bo chyba ciągle mam nadzieje, że coś to zmieni.  Ale jestem naiwna i najlepsze jest to, że nigdy taka nie byłam. Ranię siebie coraz bardziej. A właściwie to już zraniłam.
- Jesteś pewna, że on nic do ciebie nie czuje? Nic a nic? Bo ja jakoś nie mogę w to uwierzyć.
- Teksty typu ,,Uf, dobrze to zagraliśmy’’ do tego właśnie mnie przekonują.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie. Kochasz Wojtka?
- Co mam ci powiedzieć?
- Prawdę, Marcelka.
- Ech…
- Nie możesz wyjechać. Musisz zostać w Bełchatowie, rozumiesz?
- Andrzej, ty coś wiesz, prawda?
- Wiem tyle, ile trzeba.
- Wrona!
- Więcej ci nie powiem.
W tym momencie do mieszkania wszedł obładowany Wojtek.
- A co tu się odbywa?
- Przyjechałem wcześniej, bo nudziło mi się w domu. Karola nie ma od rana i jest mi tak smutno, że aż za tobą zatęskniłem.
- Wspaniale przyjacielu. - Wojtek rozłożył ręce tak, jakby miał wbiec Wronie w ramiona.
- No i przy okazji podrywam Marcele.
- Ale ty jesteś głupi.

Andrzej popatrzył na mnie ukradkiem, czy aby na pewno widziałam reakcję Wojtka. W końcu podeszłam do niego i odebrałam kilka reklamówek.
- Rozmawiałem z Marcelą o Gdańsku.
- To już nie macie lepszych tematów? -
w oczach Wojtka zobaczyłam złość.
- Przecież Andrzej tylko zapytał.  - wcięłam się w rozmowę.
- No tak, broń go dalej.
- Włodarczyk, co ty odpierdalasz? - Andrzej nie mógł opanować śmiechu, ale kiedy zmroziłam go wzrokiem, w porę się opanował.
- Nic, po prostu jestem wkurwiony. Mam kiepski dzień.
- Przejdzie ci. Niech no tylko się znajomi pojawią.  -
powiedział Andrzej próbując ratować dość napiętą sytuację.
Stanęłam na palcach i tknięta słowami Wrony ni z tego ni z owego wtuliłam głowę w obojczyk Włodarczyka, który rozpromienił się od razu.
- Podobno przytulanie zawsze działa.
- Ohohoho.
- Zamknij się Wrona! -
powiedziałam, ciągle tłumiąc głos w obojczyku Wojtka.


Tyle przyjaźni, tyle wspólnych tras

Tyle niewiedzy ile wiary

Nie było zdrady w nas

Kiedy wszyscy podali sobie ręce, rozpoczęto wesołą rozmowę.
- Od kiedy się znacie? - Karol zwrócił się w moją stronę.
-  Patryka i Magdę znam od zawsze. Wychowaliśmy się na jednym osiedlu domków jednorodzinnych. Nasi rodzice wspólnie grillowali i wcale nie jako sąsiedzi, a znajomi z pracy. Rodziny zostały na miejscu, a my zmieniliśmy miejsca zamieszkania i poszliśmy bardziej na swoje. Jak mieliśmy 12 lat, pojawiła się Kaśka.
- I wtedy się zaczęło. - powiedział Patryk kiwając głową.
- Co się zaczęło? - Wojtek uśmiechnął się tak, jakby oczekiwał jakiś śmiesznych opowieści.
- No jak to co? Jazda się zaczęła. Rodzice mieli z nami przerąbane.
- Robiliśmy strasznie dużo rzeczy. Trenowaliśmy  koszykówkę, siatkówkę, piłkę ręczną, chodziliśmy do szkół muzycznych, a oprócz tego zawsze czekała na nas masa innych obowiązków. Ale cóż. Taki los bycia dziećmi policjantów. Rodzic na służbie, a dzieci w domu.

- W domu? - uśmiechnęłam się na słowa Magdy, która kontynuowała swoją wypowiedź.
- Prawie zawsze ktoś z nas miał wolną chatę.
- I Marcelę, która nam gotowała i za to ją wszyscy kochali.
- Patryk!
- krzyknęłam na przyjaciela.
- Pyskata, wredna dla tych, do których coś miała, a jej ofiarą zawsze padali nauczyciele. Oprócz tego zaradna, towarzyska, ale strasznie nerwowa. No i od kiedy ją znam miała wielkie serce. Uczyła się średnio, bo ani nie wybitnie, ani nie źle. I podobała się wszystkim chłopakom, a każdemu i tak dawała kosza.
- Coś jeszcze? - zapytałam udając obrażoną.
- Idealny opis mojej współlokatorki. Idealny. Zgadzam się w stu procentach.
- Ale on wcale nie był lepszy! -
pokazałam palcem na Patryka -  Łamacz serc wszystkich nastolatek  w szkole. Wielki koszykarz, chodzący z obstawą trzech dziewczyn, bez których potrafił spalić nawet wodę na herbatę. 
- A prawda jest taka, że wszyscy i tak najbardziej zazdrościli mi Magdy, bo jako jedyna z całego towarzystwa ogarniała matematykę i nie musiałem martwić się o zadania. Z resztą Magda zawsze była klasowym prymusem.
- Super, zrobiłeś ze mnie kujona. Dziękuję.

Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Następnie  z uwagą słuchaliśmy opowieści każdego z siatkarzy o rozwoju kariery i przygodzie z siatkówką. Andrzej z Karolem wspominali również sytuacje w szatni i spotkania pomeczowe, dzięki którym zostali przyjaciółmi, a także moment, w którym zaprzyjaźnili się z Wojtkiem.

- Czyli nie tylko nam odwalało.
- Jeżeli w waszym towarzystwie była Marcela, musiało wam odwalać.
- Masz rację, Włodi. Pamiętasz  Kowalewska, nasz rajd po mieście?
- Magda! Zamknij się!
- Mów, mów!
- No więc mieliśmy po siedemnaście lat. Rodzice bawili się na corocznym bankiecie policjantów. Dziwnym trafem nikt z nas nie wybrał się na tą imprezę, więc zrobiliśmy swoją.
-Zaczyna mi się podobać
. - Kłos zacierał ręce.
- Nie było tajemnicą, że Marcela umiała jeździć samochodem i pod nieobecność taty wsiadała za kierownicę. Tego dnia zaproponowała nam wszystkim przejażdżkę.
- Nie zaproponowałam, to po pierwsze, tylko wmawiałeś mi, że nie odważę się wyjechać na miasto. Więc udowodniłam ci, że jest inaczej.
- Jeździliśmy już dobrą godzinę, kiedy to nasza Marcelinka postanowiła przyśpieszyć. No i w momencie, kiedy na obszarze zabudowanym jechaliśmy 80 km/h, zatrzymała nas policja patrolująca w nieoznakowanym samochodzie. Marcelka dostała 550 złotych mandatu za brak kategorii B. Właściwie to za brak jakiejkolwiek. Najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że policjant skojarzył nazwisko i dał znać koledze, którym był oczywiście nie kto inny jak Marek Kowalewski.

 - I co było dalej? - Wojtek zwijał się ze śmiechu.
- Zdenerwowany całym zajściem ojciec Marcelki kazał jej jak najszybciej jechać do domu. Był na nią zły przez dobry tydzień, ale załatwił niepłacenie mandatu.
Kolejna część wieczoru upłynęła nam równie wesoło. Goście rozeszli się około dwudziestej trzeciej.
- Musimy się wyspać. Jutro zakończenie sezonu.
- Pojedziesz ze mną po sukienki do ojca? Nie brałam ich. Zostały w szafie.
- A będę mógł wybrać,  jaką ubierzesz?
- Niech stracę.

Faktycznie, Włodarczyk słowa dotrzymał i jeszcze przed piątkowym obiadem wybieraliśmy sukienkę. Wybór padł na mój najnowszy nabytek, bo zdaniem Wojtka uwydatni nogi. Nie pozostało mi nic innego jak tylko się zgodzić.




Mam nadzieję, że dzięki temu dostrzeżesz kogoś takiego jak ja.

Wojtek szykował się w łazience i stanowczo zakazałam mu  patrzeć na moje poczynania. Sukienka którą ubrałam odkrywała mi całe plecy, a jej sięgający przed kolano, obszywany srebrną nitką dół połyskiwał współgrając z delikatnym makijażem. Szpilki dodawały mi wzrostu i optycznie wydłużały jeden z moich atutów, którym niewątpliwie były nogi. Kiedy skończyłam się szykować, poprosiłam Wojtka o wyjście do salonu. Na mój widok uśmiechnął się i jak przystało na prawdziwego mężczyznę pomógł mi w założeniu płaszcza. Przychodząc na imprezę miałam wiele obaw, ale jak się okazało niesłusznie. Między zawodnikami Skry czułam się doskonale, a kiedy wszyscy byli w jeszcze lepszych humorach niż na początku, zapomniałam, że kiedykolwiek miałam jakieś wątpliwości. Wirowałam w ramionach prezesów, kapitana drużyny, Andrzeja, Karola i Zatora. Nawiązałam kontakty z ich partnerkami, umówiłam się nawet na wspólne zakupy. Wojtek cały wieczór obserwował każdy mój ruch, a przynajmniej tak mi się wydawało, ale kiedy spotkaliśmy się spojrzeniami uśmiechał się tylko unosząc przy tym kieliszek z szampanem w geście wzniesienia toastu. Po północy, Wrona i Kłos uznali, że dzisiejszy bal nie może odbyć się bez karaoke. Wybrali wspólnie piosenkę, którą zaprezentują szerokiej widowni i wymyślając spontaniczny układ, rozbawili samego prezesa. Próbę śpiewu podjęła również żona Wlazłego, sam kapitan i Maćkowiak. Prezes zażyczył sobie, aby na scenie pojawiła się jeszcze chociaż jedna kobieta. Andrzej z Karolem wynieśli mnie na scenę i zabronili pod pozorem morderstwa z niej schodzić. 
- Dajcie mi chwilę.  - powiedziałam do wszystkich zgromadzonych i poprosiłam gitarzystę zespołu, przy którego piosenkach bawiliśmy się dzisiejszego wieczoru, aby oddał mi swój instrument. Wykorzystując muzyczny słuch nastroiłam go i spośród listy piosenek wybrałam "Use Somebody''.
- Marcelka, nie szalej, trudna piosenka! W dodatku po angielsku.
- Wątpisz Wrona? To patrz. - uciszył go Wojtek, a spojrzeniem dał znak, że powinnam zacząć występ.
Na scenie, bez względu na to czy było to zakończenie sezonu czy coś innego, czułam się jak ryba w wodzie. Nie patrząc na słowa zamknęłam się w swoim muzycznym świecie i przepełniona emocjami, które targają mną już jakiś czas zdając się tylko na gitarę, którą trzymałam w rękach, wykonałam utwór. Wybór nie był przypadkowy. Wojtek doskonale rozumiał słowa piosenki, więc śpiewając te wersy, które dobitnie określały naszą relację, patrzyłam na niego przeszywającym wzrokiem, przymykając momentami oczy.
 Kiedy skończyłam, rozległy się gromkie brawa, a Andrzej oniemiał.
- Jesteś tak drobna, a jak rykniesz to nagłośnienie przestaje działać. Jestem w takim szoku, że właśnie skończyłem zbierać zęby z podłogi.



No cóż. załatwiłaś mnie kompletnie i nic dziwnego, że to poczułem.

Usatysfakcjonowana tym, że utarłam Wronie nosa podeszłam do stołu i napiłam się wody. Chciałam usiąść, jednak poczułam, na swoich biodrach czyjeś dłonie, które w przeciągu kilku sekund zaprowadziły mnie na parkiet.  Doskonale znałam ten dotyk. W rytmie kolejnej już dzisiejszego wieczoru piosenki o miłości kołysaliśmy się wbijając w siebie wzajemnie wzrok. Czułam się jeszcze bardziej wyjątkowo niż na weselu ojca, gdzie sytuacja była bardzo podobna. Kochałam jego czekoladowe oczy, przez które od naszego pierwszego spotkania uginały mi się nogi. Jedyna rzecz, której żałowałam w tym momencie to przymusowe mruganie, bo nawet ułamki sekundy odbierały mi jego widok. Miałam wrażenie, że czas zatrzymał się na naszą korzyść. Wojtek coraz mocniej trzymał mnie w swoich ramionach. Nie zwróciliśmy nawet uwagi, kiedy zmieniono piosenkę, a wszyscy bez wyjątku wyszli na parkiet.
- Wojtek, mogę mieć do ciebie prośbę?
- Właściwie to ja też mam do ciebie prośbę.
- Mów.
- Ty pierwsza. 

Bez względu na to, jak bardzo miałabym później cierpieć zbliżyłam się do Włodarczyka.
- Pocałuj mnie, proszę. Pocałuj mnie. Nawet jeżeli mnie nie kochasz, pocałuj mnie.
Wojtek przyciągnął mnie do siebie i trzymając dłoń na moim policzku delikatnie dotknął moich warg swoimi. Po chwili stał się bardziej stanowczy, jednak z uczuciem, które sprawiło tylko i wyłącznie to, że całkowicie zatraciłam się w tym pocałunku.