wtorek, 29 kwietnia 2014

#13


I będziemy wolni, bo po co kodeksy
I nikt nie zabroni nam żyć, jak teraz. 


Dobrze, że jesteś. Musimy porozmawiać. 
Mina ojca była dość poważna, a kiedy usiadł przy stole rozpromienił się od razu.
- Gosia ma znajomości w redakcji jednej z gazet. Mogłaby wkręcić cię bez problemu. Radzisz sobie doskonale, jesteś w tym dobra, w dodatku  to gazeta o modzie. Jakaś lepsza podobno. Reflektowałabyś?
- To super! Ale gdzie to taka redakcja?
- I tutaj zaczyna się problem. W Gdańsku.
- Czyli miałabym zatrzymać się u dziadków?
- Jeżeli tylko byś chciała, to tak. Mówiłaś po weselu, że z chęcią uciekłabyś na jakiś czas. Znowu. 
- No ta, mówiłam. Ale wkopałam się w niezłe bagno. Sam wiesz.
- Zawsze możesz odmówić wspólnego wynajmu. Jesteś przecież wolna i od nikogo nie zależna. 
- Wiem, ale może jeszcze coś zmienię. - uśmiechnęłam się do taty i wstałam od stołu rzucając tylko krótkie: ''Przemyślę to.''

I porobisz nożem mi sznyty na plecach
Bo tym co ci powiem, cię zrani w chuj mocno.


Obładowanym samochodem pojechałam do mieszkania  w centrum Bełchatowa, które miałam wynajmować z Włodarczykiem. Czekał już na mnie w środku. Wypakowywał swoje ciuchy ślamazarnie je składał w niemalże wojskową kosteczkę śmiesznie się przy tym wypinając i słuchając muzyki na cały regulator. Dziwiło mnie jedynie, że nie siedział, tylko robił to na stojąco. Ale jego strata. Cichutko wniosłam pudła z rzeczami ustawiając je w przedpokoju po czym mocno kopnęłam go w tyłek. 
- Niespodziankaaaaa! - krzyknęłam, w momencie gdy Wojtek wyraźnie tracił równowagę i spadł ciągnąc mnie za lewą nogę. Przygniotłam go sobą śmiejąc się na cały głos. 
- Wariatka! Tyle składałem te ciuchy, a ty wszystko rozwaliłaś! Będziesz je składać! - wykrzyczał w żartach i udawał obrażonego. 
- Poskładam, poskładam. Biedny, mały Wojtuś. - pogłaskałam go po głowie na co się uśmiechnął i patrząc prosto w moje oczy nakręcał moje włosy na swoje palce. 
Chciałam, żeby nawet najmniejsze gesty miały znaczenie, chociaż i tak byłam pewna, że to gra, w którą gram sama. 
- Wiesz... Dostałam propozycję pracy. W gazecie o modzie. 
- To super! 
- W Gdańsku. Mieszkałabym u dziadków i ...
- I chyba zwariowałaś? W jakim Gdańsku, dziewczyno! 
- No Gosia chciałaby mi jakoś pomóc. 
- Niech sama sobie pomoże. Twoje miejsce jest w Bełchatowie. Znajdziesz pracę w zawodzie, jesteś świetna!
- Wojtek, patrząc na to z mojej perspektywy, to nie jest zły pomysł. 
- To jest, kurwa, bardzo zły pomysł. Na co ci znowu gdzieś uciekać? Nie lepiej osiąść w jednym miejscu, raz a porządnie, przynajmniej na jakiś czas? I co, zostawisz tutaj wszystko? Znajomych zostawisz? Braci? Tatę? Poza tym głupio tak wycofywać się ze wspólnego wynajmu. 
- Przecież nie powiedziałam, że przyjęłam tą pracę, tylko że dostałam propozycję. To chyba różnica, prawda?
- Dobra. Rób jak chcesz. 
Wojtek zdenerwował się, wstał z ziemi i ponownie zajął się układaniem swoich rzeczy, a następnie wkładaniem ich do szaf.  Był wściekły, czego kompletnie nie rozumiałam. Zachowywał się tak, jakby zabraniał mi wyjeżdżać, a przecież wyraźnie daje mi do zrozumienia, że jego miłość przed Kaśką jest udawana. Z resztą nie tylko przed nią. Próby ponownego wszczęcia rozmowy okazały się być bezskuteczne. Przez cały dzień nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego zdania. W rezultacie, około godziny dwudziestej Wojtek wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami. Nie powiedział gdzie idzie. Wsiadł w samochód i z impetem ruszył z parkingu. 



I z wyjątkiem tego ze to ty jesteś ze mną
Naprawdę nie mam już nic.


Nie mogłam zasnąć. Spaliłam pół paczki papierosów, dodatkowo przy otwartym oknie, choć na dworze wiało niemiłosiernie. Bezskutecznie próbowałam dodzwonić się do Włodiego, ale nie odbierał ode mnie telefonów. Byłam wściekła, ale ze względu na godzinę, a była druga trzydzieści, prosiłam po cichu o jego bezpieczny powrót do mieszkania. Desperacko grzebałam w jego notesie, gdzie miał zapisane numery telefonów do Andrzeja i Karola. Dzwoniłam do nich w środku nocy pytając o niego, jednak na nic się to nie zdało, ponieważ ani jeden, ani drugi nie miał zielonego pojęcia, gdzie podziewa się Włodarczyk. Zmęczona oczekiwaniem kilka minut po czwartej zasnęłam na nieswoim łóżku, przykrywając się nieswoją bluzą i kładąc głowę na nieswojej poduszce. Pozostawiłam na stole papierosy, które wypadły z paczki, wśród których leżał telefon. Nie dzwoniłam już więcej. Nie chciałam.
Obudziłam się o ósmej, a moje czoło zderzyło się z klatką piersiową Wojtka. Nie wiedziałam, o której pojawił się w domu. Nie wyczuwałam też charakterystycznego zapachu alkoholu, papierosów tym bardziej. Nie zwracając uwagi na to, że śpi obok mnie i mogę go obudzić, wstałam i  ubierając jego bluzę, którą byłam przykryta podczas snu wyszłam na balkon zapalić papierosa. Pomimo założonego kaptura włosy wiały mi na wszystkie strony, a leginsy nie dawały moim nogom ciepła nawet w najmniejszym stopniu. Zimny wiatr był jednak zbawienny. Otrzeźwił mnie i pobudził, choć tak naprawdę ciężko było mówić o jakimkolwiek przebudzeniu, bo nie wyspałam się ani trochę. Oparłam się łokciami o barierkę i lekko przechylona w przód zaciągałam się szkodliwymi substancjami, którymi napawałam się od ponad miesiąca. 

- Jesteś zła?
- Nie, gdzie tam. - odpowiedziałam niegrzecznym tonem nie odrywając wzroku od widoku z naprzeciwka, co dało mu do zrozumienia, że kłamię. 
- Byłem u chłopaków. Prosiłem, żeby nie mówili gdzie jestem, ale po twoim telefonie wysłali mnie do domu.
- Szczerze? Jebie mnie to.

Prawda jak wiadomo była zupełnie inna, bo ulżyło mi, że całą noc był bezpieczny. 

- Zachowałem się jak jakiś frajer, mogłem ci przynajmniej powiedzieć gdzie jadę. 

- Skończyłeś? 
- Marcelka, nie bądź taka, przecież i tak wiem, że ci przejdzie.
- I właśnie dlatego, że im prędzej czy później nie będę wkurzona, sytuacja będzie się powtarzać po każdej tego typu sprzeczce? Kurwa mać, Wojtek, my mamy razem mieszkać i to na dłuższą metę, a nie na jeden dzień! W jednym domu, w jednym pokoju. Mamy się wspierać, bo właśnie to robimy od momentu, kiedy się poznaliśmy, a ty robisz akcję, które wyprowadziłyby z równowagi każdego! Środek nocy a ty łaskawie odrzucasz moje telefony i jeszcze buntujesz kolegów. W dodatku nie powiedziałam ani słowa o tym, że podjęłam decyzję. Uwaga! Podkreślam - nie powiedziałam. Chyba nie miałeś powodu, żeby mnie od razu opierdalać! Gratuluję ci, gratuluję ci serdecznie. A teraz spadaj.  

Wyminęłam Włodarczyka i zeszłam z balkonu, czując, że jest mi dużo lżej a wszystkie emocje, które od wczoraj w sobie kotłowałam zostały wyrzucone na zewnątrz i usłyszała je osoba, której się tyczyły. Wojtek ponownie skierował się do wyjścia.

- Wychodzę na miasto. 
- A idź gdzie chcesz. 

Odetchnęłam z ulgą i po porannym prysznicu ponownie położyłam się spać, aby na dalszą część sobotniego dnia być w pełni wypoczętą. Nie dane mi było jednak pospać długo, a praktycznie wcale. Wojtek usiadł koło mnie mówiąc ciche: ''Wstawaj''. Uniosłam się podpierając rękami i w pozycji już siedzącej popatrzyłam na czerwoną różę i Raffaello.

- Róża dla Karola a słodycze dla Andrzeja? Masz rację powinieneś im podziękować za to, że cię przetrzymali w środku nocy.
- No Mała! Przepraszam cię bardzo, bardzo, bardzo, bardzo. Wystarczy?
- Jeszcze tak z dwadzieścia razy musiałbyś powiedzieć słowo 'bardzo', i mogłabym ewentualnie rozpatrzeć twoją prośbę. 
- A więc bardzo, bardzo...
- Dobra, stop. 
- No prooooszę! Nie gniewaj się już! 

No i faktycznie, trochę zmiękłam, przyjęłam kwiatka i zjadłam jedną kokosową pralinkę. Nie zmieniało to jednak faktu, bo niczym nie zapomniałam i do końca nie wybaczyłam. 

- No idiota ze mnie, co zrobię.

- Idź już na ten trening. Jutro wasz wielki dzień.



  Bo Tego by chcieli, i tego mi życzą
  A Ty mi pomożesz, bo po to cię mam



- Nawet jeśli nie wejdziesz, przecież prowadziłeś zespół na początku sezonu. Zasłużyłeś na to zwycięstwo. Trzymam za was kciuki. Mistrzostwo Polski musi wrócić do mojego rodzinnego miasta. 

Pocieszałam mojego współlokatora mocno go ściskając przed trzecim i być może ostatnim meczem z Resovią. Na hali byliśmy obecni całą rodziną - ja, tato, Gosia, Szymon i Kuba. Mieliśmy doskonały widok na całe boisko i darliśmy się jak wariaci. Nic dziwnego. W moim domu siatkówka zawsze była obecna i bardzo często jeździliśmy na mecze, nawet poza granice kraju. 
- I to jest koniec tego spotkania! - dało się usłyszeć na hali, pomimo wybuchu radości. Patrząc na radość zawodników sama się wzruszyłam. Wojtek krzyczał najgłośniej z całej ekipy, a kiedy dosłownie przeleciał i zrobił fikołka w momencie wychodzenia na podium, walnęłam się w czoło i pokręciłam głową. Po dekoracji wbiegłam na boisko i uwiesiłam się na szyi Włodarczyka. On zaś okręcił mnie kilka razy w powietrzu i
mocno wyściskał.


- Wiedziałam, że wam się uda. To jest właśnie ta Skra, którą zapamiętałam. A ty przez kolejny sezon będziesz zapisywał się w kartach historii tego klubu. Zobaczysz, będziesz jeszcze drugim Wlazłym.

Mowa spontaniczna, ale szczera. Wojtek był tego świadomy, więc kiedy skończyłam mówić przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej niż wcześniej. Po chwili stąpałam już po ziemi i podbiegłam do Wrony i Kłosa gratulując im sukcesu. Po uroczystościach na hali wszystko przeniosło się na miasto, a następnie już tylko i wyłącznie w zacisze klubu, chociaż na pewno nie było cicho. Przyjechałam do domu sama, wstępując po drodze do sklepu po jedno zero siedem, bo wiedziałam, że dzisiejsze zwycięstwo mojego klubu będę świętować samotnie. 




Tylko w słownikach kurwa prędzej jest miłość, a potem seks.



Przebrałam się w krótkie jeansowe szorty i w czarną bokserkę, na którą założyłam wojtkową  koszulę w kratę, bo jak zwykle rzucił ją na moje łóżko. Zamówiłam pizzę i w ciszy zaczęłam konsumować. Następnie włączyłam program muzyczny i śpiewałam do telewizora. Nienawidziłam siebie za to, że nikogo nie miałam. Podobno atrakcyjna, towarzyska, a jednak samotna i pewnie nie przeszkadzałoby mi to tak bardzo, gdyby nie fakt, że jestem zakochana i chciałabym ten wieczór spędzić w towarzystwie ukochanej osoby. Nie miałam jednak o to żalu. Wojtek świętował z zespołem i było raczej rzeczą pewną, że szybko do mieszkania nie wróci. Po każdym kieliszku byłam bardziej wesoła. I coraz bardziej głośna. Nie zauważyłam nawet, że jest już godzina po ciszy nocnej, a drzwi otwierają się i próg przekracza Włodarczyk.  

- Marcelka? Dlaczego pijesz wódkę?
- Bo … Świętuję, Wojtuś.
- Przyszedłem poświętować z tobą.
- Zapraszam.
Siedzieliśmy w ciszy i stukaliśmy się kieliszkami. W końcu wyszliśmy na balkon. 
- Wojtek, ja już więcej nie dam rady pić. 
- Zastanawiam się dlaczego w ogóle się na… Nawaliłaś. 
- Bo byłam samotna. Tak troszkę. - odpowiedziałam bełkocząc i kładąc głowę na klatkę piersiową Wojtka.
- No to trzeba było przyjść do mnie.
- Nie byłoby dla mnie miejsca. 
- A moje kolana?
-  Oj. - oplotłam ręce wokół szyi Wojtka i ponownie przyłożyłam głowę do jego torsu.
- Zawsze możemy to nadrobić.
Wróciliśmy do mieszkania zamykając balkonowe drzwi. Wojtek usiadł na swoje łóżko i przyciągnął mnie za uda usadawiając na swoich kolanach. Niestety przechylałam się z boku na bok, a jak się okazało Włodarczyk był w trochę lepszym stanie, bo dzielnie mnie trzymał. W rezultacie zmieniłam pozycję i siedziałam przodem do jego twarzy, a nogi umieściłam wokół dolnych partii jego pleców.
- Dlaczego masz na sobie moją koszulę? W dodatku ulubioną?
-  Mogę ją ściągnąć. 
- Ładnie ci. Ale ściąg.
Posłusznie ściągnęłam ciuch nienależący do mnie i rzuciłam nim w kąt. T-shirt Wojtka posiadł guziki więc nie zwracając uwagi na to, że bawi się moimi włosami zaczęłam je rozpinać
- Skoro ja ściągnęłam koszulę, ty ściągasz bluzkę.
- Nie bądź taka uparta, bo ci się nie oprę i co będzie? 
- I tak nie będziemy tego pamiętać. - chcąc nie chcąc, a raczej nie wiedząc jakie tak naprawdę mam intencje ściągnęłam górną część garderoby, pozostając w czarnym koronkowym staniku. 
Wojtek wstał i rzucając mnie na stół zdjął moje spodenki. Nie zwracając uwagi na tłukące się szklanki i rozlaną wódkę nie pozostałam mu dłużna. Kiedy byliśmy w samej bieliźnie złapałam Wojtka za szyję i ponownie okręciłam nogi wokół jego tułowia. Całowana namiętnie pozwoliłam zanieść się do łóżka, pozbawić się bielizny i całkowicie oddać się Włodarczykowi. 
- Jak na razie to smakujesz lepiej niż złoto. 
- Które złoto? Bo były dwa. 
- Każde. To co? 
Poszliśmy na całość, budząc zapewne naszych sąsiadów, którzy poprzedniej nocy wcale ciszej się nie zachowywali i kochaliśmy się bez pamięci. Po wszystkim opadliśmy na plecy i staraliśmy się unormować oddechy. Ja jednak byłam chyba mimo wszystko bardziej obolała niż Wojtek. Postanowiłam jednak nie rozmawiać o tym, co się wydarzyło. 
- Było idealnie. 
- A ty jesteś cudowny. - odrzekłam krótko i oddawałam kolejne pocałunki. W końcu wtulona w niego zasnęłam. 


Obudziłam się o siódmej rano, o dziwo bez kaca. Nie zapaliłam papierosa, zrobiłam sobie jedynie kawę, której w rezultacie i tak nie wypiłam do końca. Wojtek słodko spał, więc chodziłam praktycznie na palcach. Zjadłam śniadanie, ogarnęłam się mniej więcej do stanu, w którym mogę wyjść na ulicę nie tylko bełchatowską ale i łódzką,  po czym zabrałam się za robienie kanapek dla śpiącego mistrza Polski. Postawiłam na stole duży talerz oraz dzbanek z herbatą i napisałam kartkę: ,,Jestem w Łodzi, wrócę po południu. Smacznego, Mistrzu!’’. Następnie wyszłam z domu i mijając uśmiechających się znacząco sąsiadów, zadzwoniłam do taty dając znać, że wpadnę po wykładach. Całą drogę do Łodzi myślałam o tym, co wydarzyło się w nocy. Doszłam do wniosku, że prawdopodobnie okłamałam samą siebie, bo każdy, nawet najmniejszy szczegół utkwił mi w pamięci. Byłam pewna, biorąc pod uwagę wcześniejsze zachowania Wojtka, że seks nic nie zmienił i dalej będzie tak, jak było. 



Jak nie teraz, to kiedy niby?


- Cześć wszystkim! - padnięta po ciężkim dniu zajęć przekroczyłam próg rodzinnego domu.

- Cześć Marcel!
Zostałam przywitana przez każdego z domowników z entuzjazmem i już nie jako gospodyni a gość usiadłam przy stole. 
- Zmarniałaś albo jesteś po imprezie. 
- Raczej to drugie.
Ojciec i Gosia szydzili ze mnie w najlepsze, ale raczej mi to nie przeszkadzało, bo myślami byłam gdzie indziej, a właściwie to cofałam się w czasie. Nagle rozdzwonił się telefon. 
- No gdzie ty się podziewasz? Już szesnasta.
- Zeszło mi trochę na uczelni i musiałam zostać dłużej, a teraz jestem u taty. 
- Obiad stygnie. 
- Powtórz!
- Ugotowałem obiad.
- Zaraz będę. 



Wybiegłam od taty jak poparzona i popędziłam do domu, w którym unosił się zapach Spaghetti. Umierałam z głodu, więc całując mojego współlokatora w policzek na przywitanie od razu zaczęłam jeść. 

- Smakuje ci? 
- Zajebiste! 
- I kto jest mistrzem? No kto? No jasne, że ja, Wojciech Włodarczyk. A tak na marginesie, to będę późno, bo wychodzę do chłopaków. Idziesz?
- Nie dam rady, muszę napisać parę rzeczy.
- Nie naciskam. 
Zmyłam naczynia i rozpoczęłam odkurzanie dywanu, bo rozlaną wódkę i potłuczone kieliszki dziękować Bogu miałam już z głowy. 
- Wojtek. Poczekaj. - zatrzymałam będącego już jedną nogą na klatce schodowej Włodarczyka.
- Hę? 
- Bo… Byłeś pierwszy.
- Wiem.
Obydwoje uśmiechnęliśmy się nieśmiało.
- Ale byłaś cudowna.
Tymi słowami wyszedł zatrzaskując drzwi.




*

Przepraszam, że dodaję dziś, ale nie jakoś tak... Sama nie wiem jak.
W każdym razie nie chcę go już edytować, bo robiłam to 3 razy.
Adijos! I regularnie widzimy się na majówkach.

PS: Planuję ok. 20 rozdziałów, zobaczymy jak to będzie. Moja twórcza wena się oddzywa.

czwartek, 24 kwietnia 2014

#12

Zajęta organizacją wesele taty zaniedbałam zakup swojej sukienki. Biegałam po galerii jak zwariowana. Przymierzyłam co najmniej 10 kreacji i w każdej widziałam chociaż jeden mankament, który powodował, że odkładałam ją na miejsce.
- Wojtek, nie mam sukienki! Jutro jest ślub, co ja zrobię?! - z rozpaczą w głosie prawie że krzyczałam do Włodarczyka.
- Mała, obleciałaś sto sklepów i w żadnej nie ma dla ciebie sukienki?
- No nie ma, no! To nie jest śmieszne. Ja mam wyglądać!
- A nie możesz wziąć jakiejś z domu?
- Ej! Nie pomagasz mi.
- Marcela, jestem facetem, dla mnie każda sukienka jest dobra, jeżeli tylko dobrze leży na kobiecie. Mam przyjechać?
- Nie, siedź z chłopakami. Coś znajdę. Wiesz... Muszę kończyć.
Faktycznie, musiałam skończyć rozmowę, ponieważ oświeciło mnie, żeby poszukać sukienki w trochę bardziej ekskluzywnym sklepie niż wszystkie do tej pory odwiedzone sieciówki.
- O nie. No nie. No po prostu nie. - powiedziałam, widząc przed sobą czarną, prostą sukienkę do ziemi bez szelek, z wycięciem odsłaniającym nogę. Klasyczna, a jednocześnie bardzo elegancka, a jej jedyne zdobienie to marszczony materiał w okolicach biustu.
- Idealna.
Zadowolona ze znaleziska udałam się w stronę przymierzalni, jednak w rezultacie do niej nie dotarłam, bo po drodze już czekały na mnie czarne sandałki na szpilce ze złotym paskiem i zapięciem wokół kostki. Na domiar złego, sprzedawczyni pokazała mi również kopertówkę, która tworzy z butami idealną całość i w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia.
- Chyba jestem w raju. - wzdychnęłam głęboko i z rozmarzonym wzrokiem skupiając się tylko i wyłącznie na dojściu do celu jakim była  ta nieszczęsna przymierzalnia przeszłam między sklepowymi wieszakami.
- Ile?! Wszystkie pieniądze mi pójdą! Cholera.
I tu zaczął się problem. Buty, sukienka i torebka kosztowały w sumie dokładnie tyle, ile udało mi się zaoszczędzić przez jakieś pół roku. Wydawać by się mogło bardzo długie pół roku, booszczędności ciągle ubywało na inne rzeczy i zapełnianie dziur w garderobie. Nie miałam jednak serca nie kupić tych rzeczy, tym bardziej, że znałam powagę sytuacji jaką był ślub ojca. Oczywiście jak to kobieta kochająca zakupy miałam inne pobudki co do zrobienia zakupów właśnie tutaj i z zamkniętymi oczami podałam kasjerce kartę kredytową. Po transakcji zadowolona wróciłam do domu. Kuba siedział przy salonowym stole i razem z Szymonem pisali coś w zeszytach.
- A wy co? Piątek jest, chłopaki!
- Siostra, a komu się będzie chciało to wszystko pisać w niedziele? A może nawet w poniedziałek rano? Zrobię dziś i spokój.
- A ja skończyłem! - krzyknął Kuba.
- Super mały, teraz idź szukaj koszuli na jutro.
- Nie jestem mały!
- Idź, idź. - odesłał go Szymon.
Kuba pobiegł na górę, a chwilę później Szymon również skończył swoje zadanie.
- Wiesz co Marcel, tak sobie myślałem, że może zaśpiewałabyś coś tacie? Fortepian tam jest, gitarę można zawieźć już dziś, żebyś grała na swojej i nie pożyczała od zespołu, co o tym myślisz?
- Zwariowałeś? Co ja mu zaśpiewam? Nie mam pomysłu na piosenkę, ostatni raz śpiewałam jakieś 3 lata temu, poza tym od nowa palę i nie sądzę, że dobrze zaśpiewałabym cokolwiek.
- Ale się wzbraniasz. A z paleniem to już niedługo, Wojtek cię przypilnuje.
- Spadaj.
- No co spadaj?! Przecież on mało za tobą nie zginie.
- Chyba ja za nim.
- Co mówiłaś?
- Nic, nic.
- Marcel, poza tym powiem ci jak brat siostrze, że spoko z niego koleś. W siatkę gra, ty też grałaś, randki na meczach, marzenie!
- Nie prowokuj, żebym ci coś zrobiła, szczylu.
- Też cię kocham. Co kupiłaś?
- Łap. - rzuciłam bratu torby z zakupami. Dokładnie je obejrzał po czym pokusił się o komentarz:
- Ktoś kiedyś mówił, że w takich butach się nie chodzi, tylko się w nich wygląda. Mam rozumieć, że Wojtek będzie cię obracał w powietrzu, żebyś nie stawała na parkiecie?
- Nie znasz się! Doskonale sobie poradzę w takich butach na parkiecie, nie raz tańczyłam w szpilkach.
- Uwielbiam się z tobą droczyć.

*

Sobotni ranek należał do tych zdecydowanie bardziej nerwowych w ostatnim czasie. Wyciągałam z foliowego pokrowca garnitur taty, wieszając go na drzwiach od szafy, kiedy do pokoju wszedł Kuba i pomimo wczesnej godziny ubrał koszulę i krzywo zawiązał krawat.
- Nawet się tak ojcu nie pokazuj. Przecież uczyłam cię wiązać krawat. Poza tym jest dziewiąta, a ślub o szesnastej. Wybrudzisz się.
- A wyprasujesz mi to?
-Zwariowałeś. Jesteś już wystarczająco duży, żeby sam sobie prasować.
- No Marcel, no! Wyprasujesz?
- Dobra, będę dziś miła.
- Dzięki. I wiesz co Marcel? Ta Pani Gosia to jest mega.
- No jest, jest.

Tato był tak zdenerwowany, że zdążył ostrzec już chłopaków, aby się do niego nie zbliżali i nie wkurzali go, bo nie ręczy za siebie i za swoje słowa. Jedynie ja byłam tak odważna, że w celu wyładowania atmosfery zeszłam do kuchni i klepnęłam go po plecach.
- Halo, halo! Ziemia to naszego tatuśka! Nie pierwszy raz wychodzisz za mąż. Spokojnie. Chwila i po krzyku. Wzruszysz się na przysiędze i tyle.
- Oj córcia, ty to zawsze potrafisz człowieka pocieszyć.
- Do usług. I jeszcze jedno. Kuba znowu ma problem z wiązaniem krawatu. A to czyj krawat tu leży?
- No mój.
- No i dlaczego dziwiło mnie to, że Kuba nie może zapamiętać tej prostej czynności, skoro jego tatuś też nie potrafi tego ogarnąć.
- Idź, bo jak cię pacnę!
Uśmiechnęłam się szczerze do taty i pojechałam zająć się kolejno paznokciami, fryzurą i makijażem, aby przyjechać do domu na piętnastą i pomóc ojcu się wybrać. Wojtek miał dojechać pod sam kościół, ponieważ od rana był na jakiejś konferencji związanej z zakończeniem sezonu ligowego, z której i tak musi się urwać. Podczas zabiegów w salonie kosmetycznym rozmyślałam o tym, jak może wyglądać dzisiejszy dzień i późniejsza impreza. W głowie tlił mi się pomysł Szymona, który nie był w sumie zły, aczkolwiek na wszelakie śpiewanie byłam kompletnie nieprzygotowana.  Z grubo pofalowanymi włosami, których w rezultacie nie ścięłam tylko przefarbowałam, lekko złotym makijażem i z czarnymi paznokciami hybrydowymi wróciłam kilka minut przed piętnastą. Zawiązałam braciom krawaty, bo Szymon również co nie co zapomniał, choć i tak zrobił to lepiej niż inni mężczyźni w moim domu i zamykając tacie buzie otwartą z bycia pod wrażeniem mojej fryzury i makijażu wyszłam po schodach do swojego pokoju. Ubrałam sukienkę, samodzielnie zapięłam w niej zamek, następnie włożyłam buty, biżuterię i spryskałam się od stóp do głów perfumą. Po dwudziestominutowych oględzinach w lusterku zeszłam do moich współlokatorów.
- I jak? - zapytałam.
- Jak złoto! - odrzekł Szymon.
Po zapewnieniu brata udaliśmy się do samochodów. Ojciec do swojego, który miał prowadzić jego brat, a ja z braćmi do swojego, co by nie przeszkadzać przyszłym małżonkom. Oczywiście nie jechaliśmy tak, jak w dzień tradycyjnego ślubu do domu panny młodej z orkiestrą. Gosia miała przyjechać ostatnia, kiedy wszyscy goście będą siedzieć już w kościele, a przy wejściu będzie czekał na nią tylko tato. Pod kościołem ujrzałam oczywiście moich kochanych dziadków, z którymi nie widziałam się kilka miesięcy. Przywitali mnie ze łzami w oczach i od razu spytali o moją osobę towarzyszącą, która ponoć jest przecież sławna. Uśmiechnęłam się lekko i odpowiedziałam, że zaraz powinien się pojawić. W duchu martwiłam się jednak, że przecież to już najwyższy czas, aby w końcu przyjechał. Kiedy dobijała szesnasta wszyscy udaliśmy się do środka świątyni. W oczekiwaniu na Wojtka szłam na samym końcu. Nerwowo rozglądałam się na boki. Nie było go nigdzie.
- Marcelka, wszystko w porządku?
- Tak, Gosiu. Tak tylko patrzę.
- Nie ma go? - zapytała z matczyną czułością w głosie, która zmusiła mnie do szczerości.
- Nie ma.
- Może przyjedzie dopiero na wesele?
- Sama już nie wiem.
- Do rozpoczęcia zostało jakieś 5 minut. Wyjdź na plac i poczekaj na niego. My z Markiem i tak pójdziemy pod ołtarz dopiero wtedy, jak wyjdzie ksiądz.
- Dobrze. - odparłam smutno i bezskutecznie próbowałam się do niego dodzwonić, choć abonent 'był nieosiągalny'. Gosia kiwała mi ręką, że mam jeszcze chwilę czasu. Nie pocieszało mnie to, bo po Wojtku nie było ani śladu. W końcu moje zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Odwróciłam się pomimo nawoływań Gosi do pozostania na placu kościelnym skierowałam się ku wejściu. Nagle ktoś złapał mnie za rękę. Po zapachu perfum, które były inne niż Włodarczyka, nie mogłam zidentyfikować tej osoby. Przystanęłam i nie odwracając się czekałam, aż delikwent sam się ujawni. I ujawnił. Wyrósł przede mną nie kto inny jak Wojciech Włodarczyk, trzymający w ręce nasz prezent. Uśmiechnął się tak nonszalancko jak on to potrafi i poruszył jedną brwią.
- Dotarłem cały i zdrowy!
- I niezmiennie pojebany. Prosiłam cię o punktualność, a ty przyjeżdżasz dwie minuty przed wyjściem księdza na ołtarz.
- Już, już. Nie złość się. Za późno wyjechałem tą głupią taksówką. Straciłem rachubę czasu. Przepraszam.
- Dobra, nie ma czasu. Idziemy do środka.
- Tak jest!
Wojtek wziął mnie pod rękę i podchodząc żwawym krokiem do ławki zajęliśmy miejsce.
Cała ceremonia była skromna, ale niezwykle urokliwa. Gosia wyglądała cudnie, choć nie za strojnie, a twarz taty wreszcie nabierała kolorów. Wojtek złożył życzenia tacie, następnie jego żonie, wręczył prezent i dopiero wtedy dopuścił mnie do ojca, któremu rzuciłam się na szyję.
- Jesteś bardzo dzielnym pacjentem, panie komendancie!
- Ja nie wiem co bym bez ciebie zrobił. Córka to mi się udała!
Tato nigdy nie szczędził miłych słów skierowanych w moją stronę. Zawsze doceniał mój najmniejszy wysiłek i wszystko to, co robię, nawet wtedy, kiedy miałam słabsze dni i wszystko wydawało mi się bez sensu. Pragnęłam jego szczęścia i wiedziałam, że odnajdzie je właśnie w osobie Gosi, którą zdążyłam bardzo polubić.

*



Po krótkich życzeniach usiadłam obok fortepianu i zaśpiewałam ulubioną piosenkę moją i taty. Kochałam śpiewać i zaraz po pierwszym dźwięku instrumentu zapomniałam o stresie. Włodarczyk wytrzeszczył oczy i patrzył na mnie jak w obrazek. Po wszystkim zebrałam gromkie brawa na stojąco. Usiadłam przy stole i tak jak inni skonsunowałam posiłek. Następnie ktoś wydał polecenie, że pora wyjść na parkiet. Wojtek od razu ruszył w moją stronę.
- Mogę prosić? 
- Oczywiście. 
Z gracją podałam Wojtkowi dłoń. Chociaż obydwoje trochę już wypiliśmy a mnie włączył się syndrom szczerości. Po chwili, na parkiecie, przyciągnął mnie do siebie a swoje ręce umiejscowił dokładnie tak, jak zawodowy tancerz. 
- To pan umie tańczyć?  - zapytałam zalotnie z lekką drwiną w głosie.
- Coś tam umiem. Nie widziałaś jak to robię na filmach z treningów? A pani umie tak śpiewać?
- Również tak jak ty, coś tam umiem.  A filmików nie widziałam. - droczyłam się z nim czas od czasu spoglądając mu w oczy.
- To powiem ci, że masz pecha. 
- Wrócę i obejrzymy je razem.
No i klaps. Bez zastanowienia i to dość kusząco odpowiedziałam Włodarczykowi, ale ani trochę nie wyprowadziło go to z równowagi. 
- Jak cię dziś zobaczyłem, to oniemiałem. Wyglądasz zawodowo.
Te słowa wypowiedział trzymając usta niedaleko mojej szyi. Po ciele przeszedł mnie przyjemny dreszcz, który spowodował, że z rozmarzoną miną odchyliłam głowę w bok. 
- Ty też niczego sobie. 
- Ale nie możesz tak wyglądać na balu Skry, na który idziemy za dwa tygodnie, bo mi cię odbiją i z kim będę tańczył? 
- Nie chcę tańczyć z nikim innym. 
- Dokładnie tak miałaś odpowiedzieć. Widzę nawet, że Kasia jest tu dziś obecna. 
- No tak, nasze rodziny się przyjaźnią. 
- To może zrobimy jej troszkę na złość? - -  Chętnie. 
Wojtek usiadł obok Kaśki. Przedstawił się jej jako mój chłopak, po czym łapiąc za biodra usadowił na swoich kolanach. Jedną rękę położył na odkrytym przez wycięcie udzie i delikatnie głaskał je opuszkami palców. 
- Ślicznie wyglądasz! - skomplementowała Kasia. 
- Bo moja. To musi tak wyglądać. Z resztą zawsze tak wygląda! 
Wojtek najwyraźniej wkręcił się w nabieranie i żegnając się z rozmówczynią objął mnie i wyprowadził na pole.
- Uf. Dobrzy z nas aktorzy. - powiedział i popatrzył na mnie z uznaniem, tak, jakbym grała lepiej niż on sam. 
- Idę tańczyć. Przyjdź za chwilę. Świeże powietrze dobrze ci zrobi.
I wszedł do środka, zostawiając mnie samą. 
- Ta, wspaniali.
Odrzekłam obojętnie tym samym odpowiadając na jego wcześniejsze słowa i wyciągnęłam z kopertówki ostatniego papierosa, którego  później przepiłam kilkoma kieliszkami wódki.
Tańczyłam z wszystkimi wujkami nie zwracając najmniejszej uwagi na Wojciecha, który był nieświadomy tego, że po prostu mnie rani. 

czwartek, 17 kwietnia 2014

#11

Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jestem uparta, zawzięta, wredna i gdybym była facetem i miałabym taką dziewczynę, zapewne nie wytrzymałabym z nią długo. Nie reagowałam na próby kontaktu od Wojtka, w dodatku zrobiłam się opryskliwa dla całego otoczenia, psuł mi się samochód i rozbiłam telefon. Miałam szczęście jedynie w kwestii zmiany rozkładu zajęć, bo nie powiadomiłam mojego ''byłego chłopaka na niby'', że wykłady rozpoczynam o jedenastej i nie musiałam znosić widoku jego twarzy. W rzeczywistości pod tą skorupą nienawiści do całego świata było mi cholernie źle. Przede wszystkim przykro, bo zostałam oszukana. Obwiniałam się za to, że za dużo i za długo rozmawialiśmy, chociaż nie do końca było to moją winą, bo przecież nie wiedziałam, jak wszystko się potoczy. W ciągu trwającego już tydzień wewnętrznego rozbicia powróciłam do starego nałogu, w który wdrożyłam się po osiemnastce a rozstałam rok temu, chociaż zdarzało mi się podpalać na przykład na jeden dzień. Od wczoraj spaliłam już dwie paczki papierosów. Robiłam to oczywiście w tajemnicy. Ojciec nienawidzi fajek, a tylko Szymon spośród dwójki braci potrafił zatrzymać dla siebie ten fakt. Przyłapał mnie w garażu z samego rana i obiecał, że jak zwykle nikomu nie powie, tym bardziej Kubie, który dałby znać tacie, dziadkom, pani Gosi i każdy zacząłby mnie jak zwykle umoralniać podkreślając, że to moje życie, a oni tylko radzą. Znajomi z roku powiedzieli, że gdyby papieros nie szkodził tak, jak to robi, można by powiedzieć, iż pasuje do mnie idealnie bo dopełnia moje tatuaże i naturalnie lekko zachrypnięty głos. Przynajmniej w wyglądzie zewnętrznym jak zwykle byłam kompatybilna. Wszystko ze sobą współgrało. Przed lustrem stała najprawdziwsza Marcelina Kowalewska w czarnych, obcisłych spodniach  białym t-shircie i skórzanej krótkiej ramonesce. Na szyi miała gruby złoty naszyjnik przypominający łańcuch i taką samą bransoletkę. Wzrostu dodawały jej czarne botki na wysokim, jakby drewnianym obcasie. W rękach trzymała wielką skórzaną torbę, a wychodziła do fryzjera, który nie zapomniał o jej wymaganiach pomimo tego, że nie była u niego dobre pół roku.. Koncepcja była zawsze jedna i ta sama - włosy prawie sięgające ramion, prosta  grzywka wystająca niemalże do samych rzęs i oczywiście blond refleksy, sprawiające, że całość prezentowała się o ton jaśniej niż naturalnie. Powrót do starej fryzury spowodował, że poczułam się trochę lepiej. Kiedy wróciłam do domu, tato ani trochę nie był zdziwiony. Pozostała mi jeszcze jedna kwestia do załatwienia. Niechętnie, ale z konieczności wybrałam się do Wojtka. Drzwi standardowo otworzył Andrzej. Bez słowa weszłam do pokoju Włodarczyka zastając go śpiącego. Zakaszlałam głośno powodując, że zerwał się na równe nogi.
- Łaskawa Kowalewska raczyła się odezwać.
- Po pierwsze mam imię a po drugie to mnie teraz uważnie posłuchaj. Nie dzwoń do mnie, nie przyjeżdżaj, nie pisz i nie pytaj o mnie. Nie ma mnie dla ciebie.
- Czekaj, bo nie rozumiem.
- Mogę powiedzieć wyraźniej. Jesteś frajerem.
- Kurwa, o co ci chodzi? Przychodzisz tu i wyzywasz mnie od frajerów?!
- O to, że wyszłabym na szmatę, gdybym dalej brnęła w ten nasz udawany związek, bo oczywiście nie raczyłeś mi powiedzieć, że kogoś masz. Gdyby twoja dziewczyna dowiedziała się o tej całej akcji, mogłaby zareagować różnie i dostałabym niewinnie.
- Co?! To nie tak!
No tak. Oczywiście nie powiedziałam tego, co miałam. Nie chodziło o to, że rzekoma partnerka Wojtka zrobiłaby mi awanturę, bo tym akurat przejmowałabym się najmniej. Moje zachowanie było spowodowane tylko i wyłącznie zazdrością.
Odwróciłam się i trzaskając drzwiami opuściłam lokum chłopaków.

*


 Wróciłam do domu wściekła i rozdrażniona. Z rzuconej na łóżko torebki wysypały się rzeczy, co zdenerwowało mnie jeszcze bardziej. Otworzyłam okno, stanęłam przy parapecie i usilnie próbowałam odpalić papierosa, w czym przeszkadzał wiatr. Na tle granatowego nieba widać było tylko wypuszczany z moich ust dym. Nagle otworzyły się drzwi. Zamiast opieprzyć za wejście bez pukania i brak kultury, w myślach układałam formułkę dla ciekawskiego ojca. Byłam pewna, że to właśnie on.
-  Frajerem nie jestem i aż do tego stopnia, do jakiego twierdzisz, mnie nie pojebało. Ta blondyna to moja siostra. Wczoraj odjechała. Czasem się widujemy, bo ja w rodzinne strony niestety nie zaglądam. Więc na przyszłość... Nie oceniaj nikogo pochopnie, a jak wyciągasz jakieś wnioski, to niech będą potwierdzone.
- Siostra?
- Tak, siostra. Skoro tyle rozmawiamy i tak często się widujemy chyba nie ukryłbym przed tobą, że kogoś mam, nie sądzisz?
- No... Nie wiem. To znaczy wiem... To dlaczego nie powiedziałeś mi od razu? Trzeba było przyjechać jeszcze w ten sam dzień.
- Bo to wszystko nie jest takie proste jak ci się wydaje. Chciałem od razu opowiedzieć ci całą historię, ale ty oczywiście dorobiłaś do tego swoją wersję. I wyrzuć tego papierosa, bo za chwile się wkurwię.
- Zaraz, zaraz. Jaką historię?
- Nie jeżdżę do rodziców, bo jestem z nimi skłócony. Wielcy biznesmeni, obłudni ludzie, których łączy tylko i wyłącznie wspólny interes. I ojciec i matka mają kogoś na boku i po prostu się nie kochają. Strasznie się kłóciliśmy, dosłownie o wszystko, powiedzieliśmy sobie kilka gorzkich słów no i się wyprowadziłem. Od tego momentu, czyli mniej więcej od 5 lat nie byłem tam ani razu. Siostra też się już wyniosła, ale co jakiś czas lubi sobie przyjechać i namawiać mnie do pogodzenia się z rodzicami. Oczywiście nie słucham jej, ale muszę  przetrzymywać jakiś tydzień, bo przynajmniej z nią chcę mieć jakieś w miarę normalne stosunki.
- Nic nie wiedziałam.
- Nie chciałem ci o tym mówić, bo bałem się, że pomyślisz o mnie źle. Że to ja zostawiłem rodzinę bo poprzewracało mi się w głowie od nadmiaru pieniędzy. Gdybyś poczekała, przedstawiłbym ci Justynę, ale oczywiście ty musiałaś postawić na swoim. No ale to nie twoja wina. Przepraszam.
- Dobra, zapomnijmy o tym, sprawy nie było. Mam do ciebie prośbę. A właściwie pytanie. W sumie to sama nie wiem pod co to podciągnąć. Poszedłbyś ze mną na wesele?
- Jakie wesele?
- Najpierw musisz się zgodzić, później ci powiem.
- Zgodzę się jak przestaniesz palić.
- Wstrętny nałóg. Wiem. Próbowałam rzucić trzy razy, ale za każdym razem chętnie do tego wracam.
- Czyli szukasz partnera, mam rozumieć?
- Dobra, spróbuję. - odpowiedziałam, przewracając oczami.
- Więc, czyje wesele?
- Tatuśka.
- Nieeee.
- Taaaak!
- To może powinniśmy pomóc?
- Powinniśmy?
- No tak, przecież cie z tym nie zostawię. Masz studia, ja będę po sezonie, może do czegoś się przydam.
- I już czuję się tak, jakbym właśnie cię wykorzystała.
- Przestań, lubię twojego tatę i to jeszcze bardziej mnie motywuje do pomocy.
- Właściwie to miałam zająć się wysyłaniem zaproszeń do rodziny z naszej strony, problem tylko w tym, że jeszcze ich nie mam.
- Na co czekasz?
- Na zbawienie chyba.
Oczywiście za niecałe pół godziny zaproszenia zostały kupione i zgodnie z listą gości zaczęliśmy je wypełniać. Przy okazji zobaczyłam, że Włodi ma całkiem ładny charakter pisma i bardziej czytelny niż niejedna dziewczyna. Zjedliśmy pizzę i kontynuowaliśmy naszą rozmowę.
- Pani Gosia będzie tu mieszkać. Tak przynajmniej chce ojciec.
- To chyba dobrze. Dom macie duży, wszyscy się bez problemu zmieścicie.
- Pewnie masz rację, ale już podjęłam decyzję i przeprowadzam się. Wynajmę coś, chociaż nie chcę mieszkać sama. Już to przerabiałam.
- Ja też się wyprowadzam. Wynajmuję od następnego miesiąca mieszkanie z jednym dużym pokojem, kuchnią, łazienką i balkonem.
- Też czegoś poszukam po weselu. Dwie kobiety w domu to złe połączenie, a mój czas się skończył.
- Gdybyś chciała to możemy zamieszkać razem. Przynajmniej do czasu, kiedy sobie kogoś nie znajdziemy i z tym kimś nie będziemy chcieli mieszkać.
- Przemyślę to.
Gdzieś tam w środku i tak czy siak wiedziałam, że nawet za cenę późniejszego cierpienia zgodzę się na wszystko co z tym związane.

niedziela, 13 kwietnia 2014

#10

Bracia wyciągnęli mnie na obiad do McDonalda. Oczywiście uległam, bo bardzo lubię od czasu do czasu zjeść ten fast-foodowy syf.
- Marcelka, a dlaczego taty nie ma tak często na noc? Ma nowy dom?
- Za mały jesteś na to, Kuba.
- Spadaj, sam jesteś za mały! Szymek Srymek!
- Ej! - podniosłam głos i z wrogością popatrzyłam na Kubusia.
- No co? Tato nie chce mi powiedzieć, mówi, że tak czasem musi być.
- Wspaniała wymówka, nie powiem, nie powiem. - powiedziałam do siebie, popijając pepsi.
- Co tam mruczysz?
- Nic, nic. Smacznego!

Faktycznie. Kubę zastanawiało zachowanie taty. Mnie i Szymonowi nie musiał nic mówić. Doskonale wiedzieliśmy, że spędza czas w towarzystwie niejakiej Małgorzaty, nowej sympatii. Byłam z tego powodu bardzo zadowolona. Ojciec miał dopiero czterdzieści sześć lat. Już wcześniej przygotowałam się na to, że w końcu znajdzie sobie drugą kobietę i zakocha się ponownie. Bałam się jednak o reakcję Kubusia. Rozumiałam ojca i to, że nie chciał mu zbyt dużo powiedzieć. Był rozdarty pomiędzy reakcją najmłodszego syna a kobietą, którą pokochał. Wiedziałam, że muszę wkroczyć do akcji i porozmawiać z Kubą.
Po niedługim czasie wróciliśmy do domu. Zastaliśmy ojca chodzącego nerwowo po salonie. Pokiwałam do niego znacząco, aby poczekał na odpowiedni moment, w którym chłopcy zajmą się czymś innym, a my będziemy mogli spokojnie porozmawiać. I tak też się stało. Chłopcy wyszli na boisko, a ja wykorzystałam sytuację i usiadłam obok taty.
- Więc słucham?
- Marcelka, bo...
- No, booooooo?
- Za miesiąc... Ja i Magłosia....
- Ty i Małgosia ...
- No ślub, no!
- O Boże! Tato!

Z całej siły uściskałam ojca a z oczu popłynęły mi łzy. Była prze szczęśliwa, że w końcu ułoży sobie życie od nowa. Fakt, trochę czasu zajęło mu myślenie o kolejnej, potencjalnej kandydatce, ale to świadczy tylko i wyłącznie o tym, jak bardzo kochał mamę. Po jego minie zauważyłam, że nie do końca wszystko zostało wyjaśnione.
- Jest jeszcze jedna kwestia.
- Kuba?
- Zastanawiam się co mu powiedzieć, to nowa sytuacja. Gosia chce sprzedać mieszkanie i przeprowadzić się do nas. Córki są dorosłe mają swoje życie, mieszkają oddzielnie, nie ma sensu, żeby kupować coś nowego i wyprowadzać się z Bełchatowa. Wszyscy się zmieścimy. Dom jest wystarczająco duży.
- Dobry pomysł, a co do Kubusia... Nie jest już tak mały, żeby nie rozumieć powagi sytuacji. Jeżeli chcesz, mogę z nim porozmawiać. Z Szymonem problemu nie będzie i przynajmniej o to możesz być spokojny.
- Nie wiem co bym bez ciebie zrobił.
- Od tego są córki.
- Boję się, że nie potrafię być mężem, no wiesz... Od 10 lat jestem tylko ojcem. Nie chcę jej ranić, nie chcę być egoistą.
- Tato, jakim egoistą? Co ty wygadujesz?
- Nie wiem Marcelka, czy dobrze robię.
- A kochasz Gosię?
- Chyba. ...
- Mama by tego chciała. Chciałaby, żebyś był szczęśliwy. Ale musisz być pewien na sto procent swoich uczuć. Nic nie może być ''chyba''. Wszystko musi być na pewno.
- Wiem, Marcelka. Boję się, że nie będzie ze mną szczęśliwa, że będę ją porównywał do waszej matki. A jest całkowicie inna. Nie chcę tego.
- Tatuś. Nie mierz jej miarą mamy. Przecież to nie zdrada.
- Ale tak właśnie się czuję. I nie potrafię tego zmienić. Ale postaram się.
- Chodź tu, niech się wyściskam.

Rozmowa z ojcem była dla mnie szczególnie ciężka, bo taka sama była też dla niego. Pragnęłam jego szczęścia, ale rozumiałam ten lęk. W tej całej zadumie nad tym, co już za niedługo prawdopodobnie się wydarzy, chciałam pobyć sama. Ubrałam płaszcz i informując tatę, że jadę do Wojtka pogadać, opuściłam dom.

*

- Cholera! Włodarczyk! Odbierz ten telefon. Proszę.
Mój monolog niestety nie został wysłuchany. Było mi głupio zaskakiwać Wojtka, ale nie miałam do kogo pójść. Niepewnie zapukałam do drzwi.
- Cześć Andrzej. Zastałam Wojtka?
- No cześć, Wojtek jest w pokoju. Włodiiiii! Masz gościa! - zawołał. - Wejdź.
Przekroczyłam próg mieszkania chłopaków kierując się do pokoju Włodarczyka. Otworzył drzwi. Był bardzo zdenerwowany.
- Marcelka, a co tu robisz?
- Masz chwilę? Chciałam pogadać.
- No... No nie bardzo.
- A co, masz gościa?
Popatrzyłam przez wojtkowe ramię w głąb pomieszczenia. Na krześle siedziała drobna blondynka, która bezczelnie mierzyła mnie wzrokiem. Po chwili wstała i nic nie mówiąc oparła brodę na jego ramieniu, patrząc na mnie jeszcze bardziej przeszywającym wzrokiem niż wcześniej.
- Jasne, nie będę ci przeszkadzać. Baw się dobrze.
Ze sztucznym uśmiechem na ustach wyszłam, żegnając się ze zdezorientowanym Wroną.
Byłam zszokowana, zdenerwowana i wściekła. Rzucałam przekleństwami na wszystkich kierowców. Nie wiedziałam dokąd się udać. Zaparkowałam pod cmentarzem. Do miejsca pochówku mamy nie miałam daleko. Usiadłam na zimnej ławeczce. Schyliłam się w celu poprawienia kwiatów. Następnie poczułam, że po moich policzkach płyną łzy, którymi steruje silny wiatr.
- Cześć mamo. Rzadko tu jestem, bo wiesz jak to jest. Brakuje mi czasu. Z resztą, komu jak komu, ale ty doskonale wiesz jak się sprawy mają. Wiesz, że tato chce ułożyć sobie życie? Wiesz. A ja wiem, jak bardzo byś tego chciała. Z resztą zawsze chciałaś dla niego jak najlepiej. Ciekawe co na to Kuba. Jak myślisz?  Będzie zły? Zbuntuje się? A może nas wszystkich zaskoczy? Sama nie wiem. Ale obiecałam tacie, że z nim pogadam. I wiesz co mamo? Jest jeszcze Wojtek. Pewnie wiesz jaki. Ten siatkarz. I tata go tak strasznie lubi. Też byś go lubiła. Ma taki ładny uśmiech. Widziałaś? I jest niemalże idealny. Boże, mamo! Co ja gadam? On jest przecież idealny! Ale nie po to tutaj jestem. Wiesz... Czasami wątpię. W siebie wątpię, mamo. Właściwie to nawet w cały świat. Bo mam tylko ciebie. Nikogo więcej. Jestem przekonana, że wiesz jak się czuję. Wiesz, że chciałabym być szczęśliwa i najważniejsza dla kogoś, kto będzie tego wart. Powiedz mi mamo, dlaczego chcę być szczęśliwa z nim? Dlaczego chcę być z osobą, która chce ode mnie tylko i wyłącznie tego, abym była jego koleżanką... Takim dobrym duchem. Nie potrafię udawać swoich uczuć. Kaśka myśli, że coś nas łączy, a to wszystko kłamstwo. Nienawidzę kłamać! I dobrze o tym wiesz. Tak mi ciężko z tym, że widziałam go z inną. Co ona sobie wyobraża? A on? A on co sobie wyobraża? Mamo, życie jest perfidne. I przykre jest też to, że dajesz komuś sto procent siebie, a on z premedytacją odbiera ci siebie i jeszcze część tego, co mu dałaś. Wiesz co? Ja się chyba zakochałam.
- No to obydwoje jesteśmy w lesie, Marcelka.
- Tato?
- A myślisz, że gdzie przyjeżdżam, jak mi źle?
Faktycznie. Ojciec często wspomina, że był u mamy. Nie chciałam, żeby widział moje łzy, ale domyślałam się, że słyszał to, co mówiłam. Popatrzyłam na niego i poczułam jego rękę na swoim ramieniu.
- Chodź, wracamy do domu. Ugotujemy coś, posiedzimy, może porozmawiamy na Skype z dziadkami, co ty na to?
- Jasne.
Otarłam łzy i chwyciłam ojca pod rękę. Odjechaliśmy spod cmentarnej bramy prosto do domu.

Nie miałam chęci do niczego. Tato nie pytał o nic. Doskonale wiedział, że nie warto dolewać oliwy do ognia. Próbował mnie zagadywać, ale najczęściej kończyło się na tym, że uśmiechałam się lekko, a po chwili na mojej twarzy znowu pojawiał się grymas niezadowolenia. Na samą myśl o tym, że zadręczam go dodatkowymi swoimi problemami, miałam ochotę rozpłakać się i zacząć przepraszać. Tato znał mnie zbyt dobrze. Obserwował mnie i jakby wyczytując z mojej twarzy to, o czym właśnie myślałam, powiedział:
- Kochanie, bez względu na to, jak będzie mi źle, twoje problemy i twoje uczucia są moimi problemami i uczuciami i nie przejdę obok tego obojętnie. Nigdy. I nie płacz proszę, bo mi pęka serce.
Ojcowski uścisk był mi potrzebny tak bardzo, że poczułam, jakby uleciało ze mnie zbędne powietrze, a kamień spadł mi z serca.
- Dziękuję ci za to, że jesteś, tato. I bądź, bo cię potrzebuję. - powiedziałam, po czym obydwoje udaliśmy się na sofę porozmawiać przez wideo połączenie z dziadkami.




piątek, 4 kwietnia 2014

#9

Uznałam, że cała sytuacja, która zaszła między mną a Wojtkiem wydarzyła się pod wpływem chwili i bezradności, a przynajmniej tak starałam się to sobie tłumaczyć. Nie roztrząsałam tego tematu, owszem kiedy o tym myślałam przechodził mnie przyjemny dreszcz i chęć powtórzenia, ale niczego więcej sobie nie wyobrażałam. Traktowałam Włodiego normalnie - pisałam, dzwoniłam, a przy przypadkowym spotkaniu w banku również zachowałam stu procentową normalność. Byłam przerażona tylko i wyłącznie faktem, że wie o mnie dużo. Zdecydowanie za dużo i denerwowałam się zachowaniem taty, któremu Wojtek zaimponował aż za bardzo.
- A co u Wojtka?
- W sumie to chyba okej. Dużo trenuje, mało rozmawiamy.
- Marcelka, chyba się nie pokłóciliście, prawda?
- Nie, coś ty. Wszystko w porządku. Po prostu nie mamy czasu.
- Swoją drogą, to naprawdę w porządku z niego gość.
- Też tak uważam.
- Tak właściwie, to gdzie ty go znalazłaś?
- Tato! Nikogo nie znajdowałam, po prostu poznaliśmy się na czacie internetowym.
- Słucham?
- Chyba wyraźnie powiedziałam, że znamy się dzięki internetowi. Widzisz? Nie jest jednak taki zły, jak o nim mówiłeś.
- Teraz to mnie zaskoczyłaś.
- Nie gadaj tyle, tylko goń do pracy, bo nikt na ciebie nie będzie czekał. Śniadanie masz na komodzie w korytarzu. Nie zapomnij kluczy.

Tato pocałował mnie w czoło i jak zwykle wyszedł z domu trzaskając drzwiami. Mnie czekał kolejny dzień w Łodzi. Na samą myśl o miejskich korkach i zamkniętych objazdach chciałam zostać w domu przed telewizorem.  Niestety nie było takiej opcji. Musiałam stawić się na uczelnię o dziewiątej i bez dyskusji, pomimo godziny siódmej rano, jaka przed chwilą minęła, zaczęłam szukać ciuchów, stojąc przed otwartą szafą bez ani jednego pomysłu. Czekało mnie jeszcze ułożenie włosów, zmiana opatrunku tatuażu oraz zrobienie jakiegoś delikatnego i szybkiego make-up'u.
- Kogo to niesie o tej porze?! - powiedziałam sama do siebie, kiedy rozległo się głośne pukanie.
- Pomyślałem sobie, że podrzucę cię na uczelnię. Jadę do Łodzi.
- Wojtek?! Po co?
-  Do znajomego w odwiedziny, bo popołudniu mam trening. No już, zbieraj się.

W sumie było mi to na rękę. Zaoszczędzę paliwo, a przy okazji to nie ja będę się denerwować problemami na trasie.
- Marcelka! Strzeszczaj się, musimy wyjechać szybciej.
- No już, daj mi zrobić fryzurę.
- Zostaw te biedne włosy! Wyglądasz bardzo dobrze, możemy już jechać?
- Nie możemy, bo kłamiesz.
- Mówię poważnie. Jest w porządku. 

No i pośpieszył mnie. Na fotel pasażera usiadłam w rozpuszczonych, prawie że rozczochranych włosach.
- No już mała, rozchmurz się. - Włodi poczochrał mnie po głowie.

*

- Mała, wstawaj. Jesteśmy na miejscu.
- Zrobiło mi się chyba za wygodnie.
- Najwidoczniej. - uśmiechnął się i poprawił mój wystający kosmyk.
- Kurwa, moje ciśnienie.
- Co jest?
- Nie co, tylko kto.
- Czyżby Katarzyna na horyzoncie?

- Ta. - odrzekłam od niechcenia.
- Wiesz co, mam pomysł. Wysiadamy.
Nie wiedziałam co Włodarczyk kombinuje, ale posłuchałam go i nie zwracając uwagi na przyglądającą nam się Kaśkę poczułam, jak obejmuje mnie ramieniem i odprowadza do auli, w której miały odbyć się dzisiejsze zajęcia. Po drodze przywitał się ze znajomymi studiującymi tutaj po czym patrząc kątem oka na podążającą za nami moją byłą przyjaciółkę, pochylił się nade mną i dał buziaka.
- Przyjadę po ciebie o pierwszej. 
Mina Kaśki była bezcenna i natychmiast wyprowadziła mnie z szoku, którego doznałam.
- Będę czekać przed wyjściem. - odparłam zadowolona i zajęłam miejsce w jednym z ostatnich rzędów.

*

Na dzisiejszych zajęciach pracowaliśmy w grupach dwuosobowych. Pech chciał, że wykładowca połączył mnie właśnie z Kaśką. Jako jedne z lepszych osób w grupie uporałyśmy się z zadaniem dość szybko. Dostałyśmy więc pozwolenie na szybsze opuszczenie auli.
- Idę coś zjeść do baru, idziesz?
- Jasne. 

Mina Kaśki na moją propozycję była bezcenna. Jednak wiedziałam, jaki mam w tym cel.  Z premedytacją zabrałam ją ze sobą bo wiedziałam, że zada mi pytanie albo nawet ich kilka. Usiadłyśmy na przeciw siebie, a pierwsze zdanie padło dopiero w momencie, kiedy upiłyśmy po jednym łyku z naszych herbat.
- Co słychać? Kupiłaś to auto? - zapytałam.
- Ciągle szukam. Wiesz jak to jest, chcemy kupić z Maćkiem coś na lata.
- O proszę. Gratuluję zejścia się z powrotem.
-  powiedziałam, unosząc lekko kąciki ust.
- Zmądrzałam, a on na mnie czekał. Wariat. 
- Szalony, nie ma co. 
- A u ciebie jak tam? 
- W porządku. Wykłady, dom, wykłady, dom i tak w kółko. Jestem w trakcie szukania miejsca na staż. 
- Z tego co widziałam, to chyba nie jest tak nudno, jak mówisz.
- Nie powiedziałam, że jest nudno, ale wiem, do czego zmierzasz. - wypowiadając te słowa czułam się tak pewna siebie, jak nigdy.
- Racja, jestem ciekawa kim jest ten przystojny brunet, który cię przywiózł. Mam wrażenie, że go znam i że widziałam go już kilka razy.
- Zapewne widziałaś go w telewizji lub na meczu. Jest siatkarzem Skry. 
Kaśka patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Mój spokój uderzał w nią coraz bardziej z każdą kolejną sekundą. Widziałam, że dziwi ją moje podejście do zawodu i popularności Wojtka. Pokazałam jej, że ani trochę mi na tym nie zależy.
- Uważaj na fanki, Marcelka, bo cię zjedzą. - odezwała się, ale w jej głosie wyczułam coś w rodzaju szczerości i radości.
- Spokojnie, zapewne uda mi się je od niego odpędzić.
Rozmowa o dziwo przebiegała normalnie. Bez podtekstów i ironii. Obydwie byłyśmy bardzo naturalne, chociaż mój stosunek do Kaśki był nieco bardziej zdystansowany i zapewne to odczuwała. Nasze spotkanie przerwał Maciek. Był tak zdziwiony tym, co zobaczył, że nawet się ze mną nie przywitał. Z niemalże otwartymi ustami patrzył kilkanaście sekund, po czym jak gdyby się ocknął i powiedział krótkie: ''Czekam w samochodzie, Kasia.''
- W takim razie uciekam i miło było pogadać. Do poniedziałku!
- Miłego weekendu.
- odpowiedziałam. Następnie zadzwoniłam do Wojtka, który oznajmił mi, że mogę się zbierać, bo jest jakieś sto metrów od bramy wjazdowej uczelni.

*

Podczas powrotu do Bełchatowa opowiedziałam mu o całym zajściu. Próbowałam nawet odzwierciedlać miny byłej przyjaciółki, co powodowało u Włodiego salwy śmiechu.
- To co? Nie mogą nas teraz zdemaskować. Trzeba będzie wykazać się dobrą grą aktorską.
- Będziemy grać miłość?
 - zapytałam.
- Przynajmniej spróbujemy to robić.
- W takim razie wchodzę w to. 
Resztę trasy siedziałam w milczeniu odwrócona do bocznej szyby. Czułam się jednocześnie usatysfakcjonowana, że pokazałam Kaśce to, jak dobrze sobie radzę i jak bardzo jestem szczęśliwa, a z drugiej strony coś powodowało, że gdzieś tam głęboko w sercu bałam się zabawy w związek i w miłość. Ba, byłam przekonana, że wszystko zajdzie za daleko i spowoduje ból, którego cholernie się bałam, ale nie chciałam odpuszczać, bo i tak czy siak poprzez rozmowę z Kaśką, sama w jakiś sposób weszłam w niezłe bagno. Nie miałam już pomysłu, jak z tego wyjść, aby jak najmniej ucierpieć.