poniedziałek, 23 czerwca 2014

#22

Lipiec 2015 - Bełchatów.

Ze względu na grę Wojtka w reprezentacji miałam mało czasu, aby cieszyć się jego obecnością. Z uwagi na to, że dostał parę dni wolnego na odpoczynek, przyjechaliśmy do taty na rodzinnego grilla. Razem z Szymonem, Kubą, Gosią i dziadkiem Markiem już od wczesnego popołudnia korzystaliśmy z pogody, zajadając się karkówką, kiełbasą i dobrze przyprawionym kurczakiem. Temperatura wynosiła ponad trzydzieści stopni, a lekko powiewający wiatr choć trochę chłodził skórę. Patrzyłam na Wojtka, który szalał na punkcie Kajetana i trzymając go na kolanach karmił bananowym musem z Gerbera. Mały po każdym przełknięciu uśmiechał się w stronę taty i dukał coś po swojemu - sądząc po minie - z zadowolenia.
- Taki jestem już duży chłop, to i dużo muszę zjeść, prawda?
Czułam się szczęśliwa. Albo nie. Czułam się najszczęśliwszą kobietą na świecie. Półroczny Kajetan był cudowny. Grzeczny, cieszący się ze wszystkiego i potrafiący zająć się jedną zabawką na dobrą godzinę, swoją obecnością wywoływał uśmiech na mojej twarzy, nawet wtedy, kiedy coś szło nie tak. Choć mały, jest ogromnym promykiem szczęścia, zarówno dla mnie, jak i dla Wojtka. Dopiero będąc w szóstym miesiącu ciąży i czując z każdym dniem coraz silniejsze bodźce, jakie wysyła mi dziecko, poczułam się matką. Matką w pełni zadowoloną z faktu, iż już niedługo urodzi syna. Cała rodzina jest zakochana w maleństwie.  Wszyscy jednogłośnie mówią, że ciąża i narodziny Kajetana zrobiły z Wojtka prawdziwego, dojrzałego mężczyznę. Faktycznie, nie dość, że pomimo częstych nieobecności, jest wspaniałym ojcem, to i ja czuję się przy nim bezpieczna, wyjątkowa i doceniona jak przy nikim innym, a on sam był dumny z tego, że jego pierwsze dziecko, na dodatek upragniony syn, jest do niego łudząco podobny, nawet na zdjęciach z dzieciństwa. Mam nadzieję, że z wiekiem, Kajetan nabierze choć jedną cechę wyglądu zewnętrznego swojej mamy, bo nawet oczy ciemnieją mu do czekoladowych źrenic taty. Sielanka w rodzinie trwała, pomimo chwilowych problemów Szymona z nogą spowodowanych potrąceniem go na rowerze i ginekologicznym zabiegiem Gosi. Wszystko dzięki temu, że w rodzinie siła i każdy problem rozwiązany wspólnie automatycznie pomniejsza się. Dodatkowych powodów do radości dostarczał również fakt, że od października podejmę pracę w zawodzie, w godzinach od dziewiątej do siedemnastej, a resztę spraw będę mogła z powodzeniem kończyć w domu. Gosia zaproponowała, że z przyjemnością zajmie się małym, kiedy ani ja ani Wojtek nie będziemy mogli. 
- Kto jest najpiękniejszym bobaskiem? Kajtuś malutki, tak? Czy nie?
- Tato, błagam. Zamęczycie mi dziecko.
- Co ta mama gada? Przeczy, że mój bobasek jest śliczny? Jak ona śmie?

Poprawiłam małemu koszulkę i spodenki, z powrotem oddając go w objęcia dziadka.
- Zobaczymy, co dziadek ma w aucie? Będziemy robić brum-brum i pip-pip! Wszyscy będą patrzeć, co to za kierowca siedzi, a to Kajtuś! Tylko nie można jeździć bez dokumentów po mieście, jak mamusia kilka lat temu, oj nie można!
- Jestem ciekawa, kiedy skończysz mi to wypominać.
- Chodź, Kajetan! Uciekamy, bo twoja mama się zrobi zła i co będzie?
- Szybko go nie odzyskacie. Marek jak go dorwie, to już nie puści. Jak dobrze, że ja będę miała czas dla małego, jak wszyscy będziecie w pracy.
- Gosia! Tak łatwo wam dziecka nie oddam!
- No co, trochę posiedzi z babcią, pogotuje, pojeździmy z odkurzaczem i będziemy robić w domu wzium-wzium po dywanie.
- Pamiętam, jak każde z moich dzieci miało dziwny okres w swoim życiu, w którym siadało na odkurzacz i udawało, że jedzie.
- Poważnie?
- zapytał Szymon ze zdziwioną miną.
- Synek, ty to jeszcze udawałeś, że jesteś policjantem.
- No widzisz, zawsze chciałem być taki jak ty.
- odpowiedział dumnie.
Nagle usłyszałam napad śmiechu dobiegający z samochodu taty. Razem z Wojtkiem podeszliśmy bliżej,  aby nagrać naszego syna siedzącego u dziadka na kolanach i naciskającego rączkami w kierownicę tak, że z każdym odgłosem klaksonu śmiał się wniebogłosy.
- Śmieje się z taką samą intonacją jak jego mama. Na całą ulicę.
- Dobrze, że nie na dwie, jak tato.
- A idź ty!

Wojtek pocałował mnie w czoło a ja objęłam go lewą ręka w pasie.
- Ale rodzice to ci się udali, Kajtuś!
- Wiadomo, chodź do mamy!

Wzięłam synka na ręce i obserwowałam jego zainteresowanie moją przywieszką. Następnie pocałowałam go w policzek powodując, że zaczął głaskać swoimi malutkimi paluszkami moją twarz.
- Kiedyś to będzie tragedia, bo cie zjem z tej miłości i co będzie?
- Do mnie tak nie mówisz!

Wszyscy obecni zaczęli się śmiać
- Wojtek, a kiedy będzie ślub?
- Jaki ślub, Kuba?
- No twój i Marcelki.
- Właśnie, kiedy będę mógł nazwać cię moim prawowitym zięciem?
- Nie myśleliśmy jeszcze nad tym.
- odpowiedziałam, wyraźnie zainteresowana tematem zapoczątkowanym przez najmłodszego brata.
- W zimie na pewno nie, bo w zimie nie ma ślubów. Podobno ma to być taki miesiąc, w którym jest literka R. Więc macie do wyboru marzec, czerwiec, sierpień wrzesień, październik. Bo grudnia nie liczę.
- Marek, jeżeli już coś, to czerwiec będzie chyba najlepszy. W sierpniu młodzi na wakacje pojadą.
- Czekajcie, stop! Właśnie zaczęliście planować mój ślub.
- Nasz ślub.
- No właśnie, nasz.
- Kochani, nic się nie martwcie! We wszystkim wam pomożemy!

Rozmowy chwilowo ucichły. Nie rozmawialiśmy z Wojtkiem na temat ślubu. Nawet nie mieliśmy kiedy. W styczniu urodził się Kajetan, a sezon ligowy trwał w najlepsze.  Ponadto, w sportowym życiu Włodarczyka na nowo zaistniała reprezentacja. Wszystko kręciło się wokół siatkówki i naszego syna, a każdą wolną chwilę spędzaliśmy na nadrabianiu zaległości.  Na pewno nie było tak, że nie chcieliśmy stanąć przed ołtarzem. Po prostu nie było kiedy o tym pomyśleć, a takich decyzji nie warto podejmować pochopnie.



Po dwudziestej drugiej wróciliśmy do domu. Wojtek trzymał na rękach śpiącego od godziny Kajetana po czym położył go do łóżeczka. Po wieczornej toalecie usiedliśmy przy kuchennym stole obok siebie. Obydwoje wiedzieliśmy, czego będzie dotyczyć nasza wieczorna rozmowa.
- Twój ojciec miał rację. Chyba powinniśmy o tym pomyśleć.
- Powinniśmy, ale żeby dobrze zorganizować całe przedsięwzięcie trzeba się nalatać, nawet na te głupie nauki do kościoła. Ja dam radę. Dziecko ma kto przypilnować, a praca to jeszcze nic takiego. Powstaje teraz pytanie, jak ty sobie z tym wszystkim poradzisz. Ciągle grasz. Ciągle gdzie indziej.

- Kochanie, tego naprawdę nie jest tak dużo, jak ci się wydaje. Najwięcej załatwień będzie w maju, po sezonie. Przynajmniej do połowy miesiąca będzie trochę luźniej.
- Wojtek, ty naprawdę chcesz?
- Chcę. A jeżeli ty chcesz, to już całkiem pełnia szczęścia. Pamiętaj, że jeszcze przed nie takimi wyborami jak termin ślubu, który kiedyś i tak weźmiemy, będziemy stawać.
- Przydałoby się coś zarobić przynajmniej.
- Nie rozmawiajmy o pieniądzach. Przecież wiesz, że akurat z tym damy radę.

- Wiem, wiem. Ale ja tak nie chcę. W tym momencie utrzymujesz i mnie i Kajetana. Przestałam brać rentę za mamę i mało co udało mi się zaoszczędzić. Musiałam za coś tankować, co jeść i za co się ubrać. Od taty też nie chcę brać, tym bardziej od Gosi. Chcę sama wreszcie zarobić na swoje wesele, bo właśnie po to się między innymi wykształciłam. Żeby mieć fundusze.
- Jestem głową rodziny i bądź co bądź to w moim obowiązku jest zapewnienie wam jak najlepszych warunków.
- Zapewniasz, przecież niczego nam nie brakuje.
- I jak będzie trzeba to sam wszystko pozapłacam.
- Wojtek!
- Tak właśnie mam na imię. A teraz idziemy spać, bo już jutro wracam na treningi, a mały obudzi cię o siódmej, kiedy mnie już nie będzie
.
Na szczęście obudziłam się jeszcze przed wyjazdem Wojtka na zgrupowanie. Pomimo tego, że miał być poza domem tylko dwa tygodnie, kiedy odjechał z parkingu, zaczęłam płakać. Nienawidzę pożegnań. Chciałabym, aby Kajetan miał częściej tatę przy sobie. Sama również chciałabym mieć Wojtka codziennie obok. Wiadomo, rozłąka ma również swoje plusy, ale taki już los kobiety siatkarza. 


Po śniadaniu ubrałam synka i udałam się do mojej przyjaciółki na nasze rytualne już plotkowanie. Maciek wracał z kancelarii dopiero po południu, więc mogłyśmy swobodnie porozmawiać. Po drodze wstąpiłam do sklepu z asortymentem dla dzieci i widząc słodką sukienkę dla małej Kingi od razu postanowiłam ją kupić w prezencie. Spacer dobrze mi zrobił, chociaż temperatura wynosiła kolejny dzień dobre trzydzieści stopni. Lepsze to niż duszenie się w samochodzie. Zostawiłam wózek na dole w klatce schodowej, wykorzystując to, że drzwi zamykane są na domofon i raczej małe prawdopodobieństwo, że zostanie on skradziony.
- A teraz dasz buzi cioci Kasi, jak wejdziemy.
Bez pukania otworzyłam drzwi, krzycząc przy tym wesoło ''Cześć!''.
- Cześć kochani. Boże! Marcela, wyglądasz jakbyś trzymała na rękach miniaturkę Wojtka.
- Mówisz mi to za każdym razem jak u ciebie jestem i prawdę mówiąc nie wiem, czy jest to komplement, czy nie.
- Przeżywasz, dawaj go tu! 
Przyjaciółka zabrała Kajtka i przechadzała się z nim po domu. Ja zaś zaglądnęłam tylko do śpiącej Kingi, po czym usiadłam w salonie. 
- Jak tam rodzinny grill? Spotkałam rano twojego tatę.
- Czyli zapewne już wiesz. Super było, z resztą wiesz, że zawsze miło wspominam każdą imprezę rodzinną. 
- Ja też lubię imprezy u Kowalewskich. Chyba bardziej niż te u mojej rodziny. 
Obydwie wybuchnęłyśmy śmiechem, ponieważ zawsze zabierałam Kaśkę na wszystkie wakacje z moją rodziną, nawet wtedy, kiedy żyła jeszcze moja mama. 
- Tym razem ominęło cię coś bardzo, bardzo ciekawego. Marek koniecznie chce, abym pozbyła się jego nazwiska.
- No nie gadaj, że dopiero pół roku po narodzinach syna, ktokolwiek z was wspomniał o ślubie.
- Kaśka, ja rozumiem, że ty jesteś już rok po ślubie, ale Maciek nie jest siatkarzem.
- Dobra, masz rację. To jest jakieś wytłumaczenie. Ale nawet przy chrzcie nikt nie wspomniał o tym, czy jesteście małżeństwem?
- Nie. Gosia załatwiła nam księdza, jakiegoś jej znajomego ze szkolnych lat, który nawet oto nie zapytał.
- A co o tym myślisz?
- Pożyjemy, zobaczymy. Może za rok, może trochę mniej? Nie wiem. Teraz skupiam się na tyn, żeby Kajetanowi niczego nie zabrakło. W październiku idę do tej roboty, pewnie będę mieć mniej czasu na wszystko, ale może jakoś uda nam się wspólnie zabrać za te przygotowania. Zdaję sobie sprawę z tego, że pochodzę z raczej religijnej rodziny i nie chcę żyć na kocią łapę. Poza tym, jak się kogoś kocha, to chcę się być z nim już na tym najwyższym poziomie związku, mowa o małżeństwie. 
- Słońce, ty byś dała radę nawet góry przenieść. Matką jesteś dobrą, z resztą to było do przewidzenia, że w kim jak w kim, ale w tobie to obudzi się instynkt macierzyński. Partnerką jesteś równie wspaniałą, a żoną to będziesz jeszcze lepszą. 

- Problem w tym, że ja się zrobiłam chyba za dobra. Gdzieś tam uciekł ten mój chłód. 
- I bardzo dobrze. Ostatnio siedzieliśmy z Maćkiem sami w domu, bo małą zawieźliśmy do wielce stęsknionych dziadków i rozmawialiśmy o tym, co powiedzmy Kindze jak będzie pytała o to jak i kiedy się poznaliśmy. Śmialiśmy się, że to będzie opowieść na co najmniej godzinę. Ty w sumie zawarłabyś wszystko w jednym słowie - internet. 
- Gdyby Kajetan oto zapytał, to zapewne odpowiedziałabym, że poznaliśmy się przypadkiem, ale okazało się, że czekaliśmy na siebie przez całe życie. 



*KONIEC* 



I tym oto sposobem zakańczam coś, co wymagało ode mnie najwięcej czasu z pośród napisanych do tej pory opowiadań. Coś, czego rozdziały były najbardziej przemyślane, niekoniecznie od początku, ale na pewno ze sporym wyprzedzeniem. Coś, co kończy się razem z kolejnym ważnym rokiem mojej edukacji. Przypadek? Może. W każdym razie ... Cieszę się, że jest Was więcej, ale mam nadzieję, że na tym się nie skończy. Wszystkie miłe słowa motywowały mnie do pisania kolejnych części. Wspominałam już, że ruszam z nowym opowiadaniem, nie wiem dokładnie kiedy, podejrzewam, że długo nie będziecie musieli czekać. Wiadomo, pomysły póki świeże to trzeba je przelewać na klawiaturę. ;) Kurcze. Jest mi dziwnie. Jakoś tak smutno. Pewnie przejdzie z czasem, chociaż nie ukrywam, że to kolejne moje opowiadanie, do którego będę wracała z miłą chęcią. W każdym coś od siebie zostawiłam. Oprócz odczuć bohaterów było coś tylko mojego, co w jakiś sposób umieściłam w historii albo coś, co między wierszami da się odczytać. No, i jeszcze na sam koniec pragnę wszystkim - czytającym i komentującym podziękować za obecność. Szczególne podziękowania dla Repugnance (widzimy się w Krakowie, mam nadzieję, już niedługo!) i dla Lectis (do Warszawy też mogę zaglądnąć, a co!).

Trzymajcie się ciepło. Dodawajcie, obserwujcie i komentujcie i czytajcie moje czwarte już, nadchodzące wypociny. Już dziś zapraszam Was na:


http://bywalo-roznie.blogspot.com/

niedziela, 15 czerwca 2014

#21



Jesteśmy sobie przeznaczeni. Bez wątpienia. Tego stanu rzeczy nie da się ukryć.


Pierwsza sobota sierpnia była dla mojej przyjaciółki najważniejszym dniem w całym życiu. W bełchatowskiej świątyni, w której jakieś dziesięć czy piętnaście lat wcześniej staliśmy w czwórkę i interesowało nas wszystko oprócz ołtarza, Katarzyna i Maciej powiedzą sobie sakramentalne ''tak''. Wszystko udało im się załatwić błyskawicznie, za całkiem dobre pieniądze, a sala weselna znajduje się dwa kilometry od centrum miasta. Lepiej być nie mogło. Jedyne czego nie można było przewidzieć to jak wiadomo pogody. Od rana chmurzyło się i przez jakąś godzinę mżyło. Na szczęście jeszcze przed dwunastą w południe na niebie pojawiło się słońce, a niebo stało się niebieskie.
- Wojtek! Nie mogę iść w tej sukience. No nie mogę, no!
- Ale dlaczego? Przecież dobrze w niej wyglądasz.
- Jestem grubasem. Popatrz jak mnie poszerza!
- W którym miejscu? Ta kiecka ma taki krój, że nawet nie widać twojego zaokrąglonego brzucha. Nogi masz dalej grubości zapałek, ręce też, jest okej.
- A buty które w końcu?
- Jak to które? Przecież kupiłaś jedną parę.
- No niestety nie. Kupiłam dwie.
- Marcelka!
- Popatrz jakie ładne. To co, chabrowa sukienka i jaskrawo różowe buty mogą być? Dobrze skontrastowałam kolory?
- Ślicznie.
- Wojtek, nie pomagasz mi.
- Dla mnie możesz ubrać worek na ziemniaki a i tak będziesz najbardziej seksowna ze wszystkich obecnych kobiet.
- Teraz lepiej.
Ubrałam szpilki i wykorzystując kilka centymetrów, które dzięki nim zyskałam, z uczuciem pocałowałam Włodarczyka. Odwdzięczając mi się tym samym, nagle oderwał się ode mnie z przerażeniem w oczach.
- Czułaś?!
- Ale co? - zapytałam, w momencie kiedy fasolka, znajdująca się w moim brzuchu ewidentnie dała o sobie znać. - Dobra, teraz poczułam. Chyba dobrze całujesz i dlatego tak reaguje.
- Tak nawiasem mówiąc, to chciałbym jednak poznać tą płeć.
- Spokojnie, poczekaj do poniedziałku. Teraz już poproszę, żeby nam powiedziała, bo tatuś się bardzo niecierpliwi.
- A mamusia nie?
- Co będzie, to będzie.
- Ej, mała! Więcej entuzjazmu!
- Ciesz się, że przestałam przeżywać.
- Czas najwyższy. 19 tydzień.
Pokręciłam włosy na grubych wałkach, a szminkę i dodatki dobrałam do koloru butów. Jako świadek musiałam prezentować się niewiele gorzej od panny młodej, chociaż wiadomo, że to właśnie ona ma dziś zabłysnąć. Nikomu nie powiedziała ani słowa o tym, jak będzie wyglądać. Sukienkę, fryzurę i makijaż wybierała sama. Próbowałam ją podglądać, przeszukać jej szafę, ale nic to nie dało. Powiedziała, że będzie to niespodzianka nie tylko dla Maćka, ale i wszystkich gości. A zaproszonych na ślub i wesele było wielu. Na liście nie zabrakło też mojego rodzeństwa, taty i Gosi. O godzinie czternastej mieliśmy wszyscy podjechać pod dom rodzinny Kaśki. Zgodnie z tradycją sąsiedzi i koledzy z pracy jej taty, również policjanta, zrobili przed bramą wjazdową szlaban, a kiedy wszyscy zgromadzeni ujrzeli pannę młodą, nie kryli zdumienia. Rzeczywiście. Wyglądała przepięknie, z resztą jej uroda od zawsze robiła wrażenie. Maciek wyraźnie się wzruszył, a ja nie byłam w stanie czegokolwiek powiedzieć. Postąpiłam tak samo jak stojący obok pan młody. Ukradkiem wytarłam pojedynczą łzę płynącą po moim policzku, aby przez przypadek nie uszkodziła makijażu i nie zrobiła plamy na sukience. Nie obyło się również bez błogosławieństwa dziadków i rodziców. Następnie para młoda wsiadła do białej limuzyny, za którą wyruszyła kolumna przystrojonych samochodów. Na uroczystość jechaliśmy pojazdem Wojtka, który tłumacząc się tym, że kobiety ciężarne nie powinny prowadzić, nie pozwolił mi usiąść za kierownicą. W moim stanie, grunt to brak nerwów, więc przyjęłam to ze spokojem i bez wypowiadania zbędnych słów usiadłam po prawej stronie z przodu. Moje wysokie buty nie przeszkodziły mi w niczym i jeszcze przed wyjściem księdza na ołtarz zajęłam się ostatnimi sprawami. W międzyczasie poprawiłam nawet Maćkowi muchę i przeczesałam sterczące od wiatru włosy. O czternastej trzydzieści wreszcie zajęłam swoje miejsce, tuż za parą młodą.
Było mi przykro patrzeć na wznoszących toasty gości. Ja mogłam uraczyć się tylko sokiem lub wodą. Wojtek postanowił być choć trochę solidarny i wypił jedynie lampkę szampana. Na szczęście bawiliśmy się na całego, tańcząc nawet na krześle i wygrywając wszystkie konkurencje weselnych zabaw. Jedynym wyjątkiem były oczepiny. Miałyśmy z Kaśką niezły ubaw, kiedy welon złapała Magda, nie mająca problemu z ukrywaniem uczuć, które żywiła do Patryka, pewnego siebie cwaniaka ze świeżo złapanym krawatem.
- Myślisz, że to prorocze?
- Słuchaj, jak oni się nie zejdą, to ja już nie wiem co im zrobię. Nie mam siły do tej dwójki..
Podeszłam do Patryka, który pałaszował szwedzki stół i oparłam się o jego ramię.
- Słuchaj samotny kolego.
- No co tam, Marcel?
- Wiesz, kto może być dla ciebie najlepszą kandydatką na dziewczynę?
- Nie wiem, ale sama się ujawni. Wszystkie się same ujawniają.
- Powiem ci tylko tyle - nie szukaj daleko. Szczęście masz obok.
Uśmiechnęłam się na odchodne i wróciłam do mojego mężczyzny zajadającego się ciastkami. Kiwałam głową i patrzyłam na jego ruchy śmiejąc się. Spróbował już wszystkich ciastek, jakie były na stole i z poważną miną zastanawiał się, które jest najlepsze.
- Wojtek, to było najlepsze! - odezwał się tato.
- Ta co pan mówi! To jest mało słodkie. Tamto jest pyszne.
- Ty wiesz co? Chyba masz rację!
Gosia uderzyła się ręką w czoło, na co zareagowałam salwą śmiechu. Panowie postanowili ruszyć w tany, a ja razem z nią rozpoczęłam rozmowę.
- Jak się czujesz, kochanie?
- Dobrze. Już mnie nie mdli, nabrałam troszkę apetytu.
- Troszkę? Czyli co?
- Powróciłam do starego systemu. Jem cztery, pięć posiłków, dużo owoców i nie chodzę przede wszystkim głodna.
- A dzidziuś jak tam?
- Kopie. Dzisiaj robił jakieś salto.
- Zastanawialiście się już nad imieniem?
- Co do imienia dla dziewczynki to nie mamy pojęcia, ale bardzo chciałabym, żeby jednak urodził się mały Kajetan.
- Kajtuś. Ładnie.
- Kajetan Wojciech zapewne.
- O nie, nie. Jak twój ojciec wkroczy do akcji, to będzie Kajetan Marek.
- I zapewne na tym się skończy. Widać coś?
- W tej sukience ani trochę. Chciałaś się zamaskować?
- Nie tyle zamaskować, co nie ujawniać od razu wszystkim dookoła, że jestem w ciąży. Nadejdzie moment, w którym tegonie ukryje i raczej nic już z tym nie zrobię.
- Kiedy będzie wiadoma płeć? Bo wiesz, dziadek chciał już zacząć kupować co nie co.
- Właśnie tego się obawiam. Że jak się dziadek rozszaleje, to nakupi wszystkiego jak dla czworaczków.
- On już mówi, że kocha tego małego szkraba tak bardzo, że nie może doczekać się, kiedy go zobaczy. Sprawiłaś mu, bądź co bądź, wielką radość tą ciążą.
- Sobie trochę mniejszą.
- Do czasu, kochanie. Do czasu.



Nie wypełnisz pustych przestrzeni fikcyjnymi miejscami. Zmyślone twarze w niczym nie pomogą.


Z wesela wróciliśmy o szóstej rano. Było to zdecydowanie najlepsze wesele na jakim byłam. Poprawiny również dały radę, bo do domu przyjechałam o po drugiej. Przed południem razem z Wojtkiem byliśmy już u lekarza. Następnie zadeklarowałam się, że zrobię zakupy, a on pojedzie spokojnie na trening. Zalecenia mojego domowego lekarza Wojciecha były takie, iż jeżeli chcę wnosić rzeczy z bagażnika na pierwsze piętro, muszę rozłożyć to na kilka razy. Na szczęście nadszedł Patryk, który wziął zgrzewkę z wodą i sokiem, a mnie zostawił dwie lekkie reklamówki. Następnie usiadł na kanapie i jak na mojego przyjaciela przystało, wygodnie się rozłożył.
- Widzę, że nie przypadkiem pojawiłeś się w tych stronach.
- Przyszedłem pogadać.
- Co jest?
- Coś niedobrego dzieje się z Magdą.
- Co takiego? Przecież wczoraj była normalna.
- No właśnie, że ona nie jest normalna ostatnio! Pisze sms-y z jakimś Pawłem.
- A ty skąd wiesz, z kim ona pisze? Powiedziała ci?
- Nie! No właśnie chodzi o to, że jak przyszła do mnie oddać mi bluzę, którą jej pożyczyłem na grillu, to weszła do środka i poszła zrobić sobie herbatę, a ja ...
- A ty sprawdziłeś jej wiadomości.
- Nie sprawdziłem, tylko otworzyłem skrzynkę odbiorczą i przejrzałem z grubsza, że wszędzie jest jakiś Paweł.
- No dobra, Pisze z Pawłem i nawet jeśli kogoś ma, to co z tego? Przecież jej wolno.
- Nie rozumiesz mnie.
- Masz racje, nie rozumiem cię.
- Ona się strasznie zmieniła. Przestała do mnie przychodzić, nie wychodzimy już do kina, przestała pisać, a przynajmniej tak pisać, jak kiedyś. Nigdy nie może się ze mną zobaczyć, bo albo idzie zobaczyć, czy z Kaśką wszystko w porządku jak Maciek jest w pracy, albo idzie do ciebie, albo wychodzi jak ona to mówi ze znajomym.
- Dalej nie wiem, w czym tkwi problem.
- W tym, że mnie olewa! Mówi, że przecież nadal się przyjaźnimy i nie wie o co mi chodzi.
- Wiesz co Patryś? Ty jesteś tak głupi, że aż mi cie szkoda.
- Co ja znowu zrobiłem? Przecież się nie kłóciliśmy, ani nic. Zbyt dobrze ją znam i wiem, że to nie jest normalne zachowanie.
- Pamiętasz, co mówiłam ci na weselu?
- W sumie to dużo rzeczy mi tam mówiłaś.
- Dalej nie kumasz. Bo wiesz... Wydaje mi się, że jak ma się szczęście kilkanaście lat przy sobie, to w końcu limit się wyczerpuje i to szczęście sobie idzie gdzieś indziej. A tobie zostaje pustka.
- Co masz na myśli? Wy kobiety macie problem z mówieniem wprost, ale że i ty masz ten problem, to nie wiedziałem.
- Nic ci więcej nie powiem. Idź do domu, kup sobie piwo, podkreślam piwo, a nie dziesięć, zjedz coś, połóż się i przemyśl to. Przyjdź w tej sprawie za parę dni, jak nie dojdziesz do konkretnych wniosków, to wtedy cie oświecę i od razu będziesz wiedział na czym polega twój problem.
- Jesteś okropna. Ale spróbuję.
- Do usług.


Jedno wiem na pewno - nie chciałbym bez Ciebie żyć. 



Wieczór upłynął mi w romantycznej atmosferze. Zmęczona rozmową z Magdą wróciłam do domu po dwudziestej drugiej od razu wchodząc do łazienki pod prysznic. Zrezygnowana, z mokrymi włosami, bez słowa przytuliłam się do Wojtka, który wiedząc, że nie zawsze dobrze jest mnie pytać o co chodzi, jeżeli jestem smutna, pocałował moje czoło.
- Włodi, ja już nie mam do nich siły. Oni się zachowują jak dzieci.
- Magda? Wydawało mi się, że jest dość rozumna.
- Magda poznała kogoś. Jakiegoś Pawła. Spotyka się z nim, narazie powiedziała mu, że chce czasu, bo do niedawna zależało jej na kimś innym. Zgodził się. Spędzają ze sobą dużo czasu, zależy mu na niej i w sumie się nie dziwię. To jest skarb, a nie dziewczyna. Niejeden by chciał mieć taką bezkonfliktową kobietę. Podsumowując, niczego nowego niż to od Patryka się nie dowiedziałam.

- A co on zamierza z tym zrobić ?
- Patryk to jest dupek. On jest chyba nawet gorszy niż ty swojego czasu.
- Czyli nic nie zamierza? Marcelka, nie możesz się wtrącać. To są ich sprawy i nie możesz faworyzować jednego z przyjaciół w bardzo wyraźny sposób, nawet jeżeli ma zdecydowaną rację. Musisz to wyśrodkować, a najlepiej to w ogóle się w to nie wtrącać. 

- Wiem, ale nie mogę już na to patrzeć! Ona spotyka się z tym Pawłem tylko dlatego, żeby na siłę być szczęśliwa.
- Nie można się uszczęśliwić na siłę i prędzej czy później to zobaczy. Wy już z Kaśką to wiecie, my z Maćkiem też, nawet twój tato o tym wie, także na Magdę i Patryka też przyjdzie pora. Szkoda tylko Pawła, bo będzie miał złamane serce. Ale lepiej teraz niż później, jak te deklaracje o związku się potwierdzą.
- Właśnie tego się obawiam. Że Magda nie będzie potrafiła być z kimś innym niż Patryk.
- Pożyjemy, zobaczymy. Powiedz mi lepiej jak się czujesz.
- Wojtek, od wczoraj nic się nie zmieniło. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. 

Z głową na klatce piersiowej Włodarczyka kontynuowałam swój jak się później okazało monolog, ponieważ kiedy oczekiwałam odpowiedzi na jakiekolwiek słowo, spotkałam się z jego błogim snem. Ja zaś jeszcze długo patrzyłam w sufit i rozmyślałam nad tym, jak powinnam postąpić w sytuacji, która spotkała moich przyjaciół. Mimo wszystko, po rozmowie z Wojtkiem poczułam się choć trochę lepiej. Z doświadczenia wiem, że bez niego byłoby ciężko.



poniedziałek, 9 czerwca 2014

#20



Gdziekolwiek patrzę widzę Twoje oczy.


Otworzyłam oczy, a obecność śpiącego jeszcze Wojtka była dla mnie niemalże niemożliwa. Było zdecydowanie za dobrze. Tak dobrze, jak wcześniej, a może nawet lepiej. Zmieniłam pozycję z leżącej na taką, dzięki której trzymając głowę na dłoni mogłam patrzeć na śpiącego Włodarczyka. Uśmiechałam się lekko i zanim się spostrzegłam obudził się, od razu wbijając swój wzrok w moją twarz.
- Dzień dobry, co słychać? - zapytałam unosząc przy tym kąciki ust jeszcze bardziej do góry.
- Od kiedy zobaczyłem twój uśmiech to czuję się perfekcyjnie.
- Aż tak?
- Nawet jeszcze lepiej.
Położyłam głowę na torsie Wojtka, a on złapał mnie za rękę splątując w ten sposób nasze palce. Pocałował mnie w czoło, po czym skierował swój wzrok w sufit i z wyrzutem w głosie zaczął mówić.
- Kiedy tak teraz na ciebie patrzę, kiedy cię słyszę i dotykam, to myślę sobie jak mogłem być tak ślepy. Sam wzbraniałem się przed tym, co dopadło mnie wcześniej niż się spodziewałem. Jak rozmawialiśmy na tym głupim czacie to już wtedy nie mogłem się od ciebie oderwać. Towarzyszyłaś mi prawie zawsze, a później to już sama wiesz. Gdyby nie twój ojciec to chyba bym zwariował. A wiesz dlaczego? Bo mi ciągle mówił, że wrócisz a ja sam muszę  pocierpieć. Mówił mi też, że wiele ryzykuje tą swoją pewnością, bo nigdy nie wiadomo do jakiego wniosku dojdziesz, ale wykrakał i to była najpiękniejsza przepowiednia, jaką usłyszałem. Gdzie cie wariatko poniosło?! Trzeba było mi wpieprzyć na tym lotnisku!
- Aj Wojtuś, ty myślisz, że to wszystko było takie proste?
- Nic nie myślę. Kurwa. Wstyd mi jest do tego wracać.
- To nie wracaj.  Zacznijmy od nowa. Na pewnym gruncie, pewni uczuć i pewni wszystkiego co z nami  związane. Tylko nie pozwól mi zwątpić tak, jak wtedy.
- Nie pozwolę.
Pozostaliśmy w łóżku jeszcze dobrą godzinę po czym wysłałam  Wojtka na Boczną, bo tato postanowił pobawić się zestawem małego majstra i zamiast naprawiać zaczął psuć.
- Mieliśmy jechać na badania.
- Dobrze, pojadę sama.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Faktycznie, pojechałam do lekarza, chociaż panicznie bałam się wszelakich wizyt.  Będąc już na miejscu opowiedziałam o wszystkich objawach a następnie zostałam poproszona o wspólne przejście do innego gabinetu.
- Panie doktorze, ja się boję.
- Czego tu się bać? Ta pani zajmie się resztą. Spokojnie, wszystko będzie dobrze.
- A kim jest ta pani?
- Jestem ginekologiem.
I dokładnie w tym momencie czułam, jak moje życie legło w gruzach.



Wszystkie marzenia, które trzymaliśmy tak blisko wydają się wszystkie iść z dymem.


Przyjechałam do taty z nadzieją, że zastanę go samego lub z Gosią, byle nie z Wojtkiem. Spłakana otworzyłam drzwi i powolnym krokiem weszłam do środka, zapowietrzając się i co kilka sekund ocierając łzy.  Niestety, taty nie zastałam. Po kuchni krzątała się samotna Gosia.
- Jest Marek? - zapytałam.
- Siedzą na górze  i oglądają mecz. Kochanie, co się stało? Wszystko dobrze? Jak badania?
- Nic nie jest dobrze! Nic! - zaczęłam krzyczeć.
- Jesteś chora?!
- Na ciążę! - uderzyłam głową o stół i jeszcze głośniej zaczęłam płakać.
- Kochanie! To wspaniale! Dlaczego ty płaczesz?
- Bo to nie tak! To jest wszystko nie tak! Ja miałam iść do pracy! Ja miałam pracować w redakcji! Co ja teraz zrobię?! Nic nie zrobię!
- Podejrzewam, że jeszcze nie o to chodzi.
- No bo jaką ja mam teraz gwarancję, że Wojtek mnie nie zostawi? Przecież wiesz jak było. Nie mogę mu ufać jeszcze na tyle, żeby stwierdzić na sto procent, że będzie chciał ze mną być! No dlaczego?! No powiedz mi dlaczego?! Dlaczego ja?! Jeszcze w dodatku paliłam i piłam. Co prawda chowali mi fajki i zdarzał się dzień bez palenia, ale mimo wszystko! Niby dziecko jest zdrowe…
- To najważniejsze! Byłaś u dobrego lekarza z tego co widzę na pieczątce, na pewno wszystko jest okej. Kochanie, nie masz piętnastu lat. Skończyłaś studia, jesteś dojrzałą kobietą, w dodatku wychowałaś dwóch braci! Kto ma dać radę, jak nie ty? Macierzyństwo to najpiękniejsza rzecz, jaka spotyka kobietę. Nie ma lepszej. Sama mam dwie córki i żałuję, że nie więcej. Twój ojciec powie ci to samo. Nie płacz, a przynajmniej nie z rozpaczy!
- Gosia, ja nie chcę zostać sama.
- I nie zostaniesz, bo cię kocham.
Zza pleców usłyszałam głos o łagodnym i spokojnym tonie. Kilka sekund później poczułam na swoim ramieniu dłoń.
- Wojtek, nie zabij mnie. Bo ty nie możesz… Ty nie możesz… Jeszcze nie teraz… Ja jestem w ciąży. Pod koniec stycznia urodzę.
-  Wiem. Stoję za tobą już dłuższą chwilę.
-  Wojtek, ty będziesz ze mną? Będziesz ze mną cały czas? Grasz! Nie masz czasu na myślenie o dziecku! Po za tym…
- A gdzie mam być? Jestem ojcem!
- Ale nie zostawisz mnie? Obiecaj, że mnie nie odtrącisz!
- Nie zostawię! Cały czas będę z tobą!
- Ale ja mam być dziennikarką! Ja miałam pisać. Do gazety miałam pisać!
- I będziesz!
- A jak nie? Ja nie chcę siedzieć w domu!
- Głuptasie,  przecież ciąża niczego nie przekreśli.
- Ale pracy nie znajdę, zestarzeje się i już nie znajdę sobie zajęcia. Nikt mnie już nie zechce!
Tato stanął obok Wojtka i wszyscy łącznie z Gosią zaczęli się śmiać. Skrzyżowałam ręce jak mała dziewczynka, bo wcale nie śmieszył mnie stan, w którym obecnie się znajduję.
- To co zięciu, idziemy poświętować na górę? Piwko jest, w razie czego barek też nie świeci pustką.
- Tato!
- Córcia, idę opijać wnuka!
- Czy wnuka, to się dowiem za jakieś dwa tygodnie.
- To już? To co ty nie wiedziałaś, że w ciąży jesteś?
- Kurwa, skończcie!




I niewiarygodne szczęście padnie na nasze dłonie. 


Pozostawiając roześmianych domowników i Wojtka bezustannie płacząc pojechałam do Kaśki. Przywitała mnie ściskając do tego stopnia, że prawie się udusiłam. Zaprowadziła na fotel, na którym zawsze siedziałam i usiadła na stole, patrząc na mnie pytająco.
- No i co się tak patrzysz, kurwa mać?! W ciąży jestem! W dwunastym tygodniu!
- I piłaś ze mną wódkę? Spoko. Ja też jestem w ciąży. Tylko w dziesiątym. W połowie lutego mam urodzić.
- Ja pod koniec stycznia.
- Ale dlaczego ty płaczesz? Ja nie mogę się doczekać!
- Kaśka! Ty wiesz czego ja się boję.
- Stara, jaka ty jesteś głupia! Tyle świata objechał, chyba nie po to, żeby cię rzucić, bo zmajstrował ci dzieciaka. No proszę cię. Nie mów takich głupot!
- Ale ja miałam być dziennikarką!
- No dobra, rozumiem. Dziecko i praca może brzmi strasznie, ale przecież bycie matką jest super! Nie pamiętasz, ile radości sprawia małe dziecko? Pamiętasz Kubusia? Te wszystkie obowiązki to nic w porównaniu z tym jak się kocha tego malucha. Ty zobaczysz jak się Włodi zmieni. Patrząc po was to zakochacie się w tym dziecku. Taki mały Włodarczyk… Będziesz miała dwóch.
- A jak to dziewczynka?
- Jesteś jedyną kobietą w swojej rodzinie. Twój ojciec miał czterech braci, twoja mama trzech, w dodatku ty masz dwóch. Wojtek ma siostrę… No tak. Ale to nic! Zobaczysz, urodzisz synka! A co byś chciała?
- No syna, jasne, że syna.
- To dobrze, bo ja sobie ciebie z dziewczynką nie wyobrażam.
- Dziękuję, jesteś cudowną przyjaciółką.
- Do usług. Ale ja to bym chyba wolała dziewczynkę. Maciek też. A Wojtek co by chciał?
- Kobieto, on się dowiedział, że jestem w ciąży jakieś pół godziny temu.
- Ale jajca.
- Kaśka, ja nie wiem jak to będzie.
- Co by się nie stało to i tak ze wszystkim dasz sobie radę. A jak nie to masz mnie, jakoś dam sobie radę z dwójką dzieci, chociaż wiem, że i tak będę przychodzić do ciebie po rady. Właśnie ! Musisz sobie wszystko przypomnieć.
- Tego się nie zapomina. Do tej pory pamiętam jak robiłam grysiki na rosole albo ziemniaki ze śmietaną ucierałam na papkę.
- Zobaczysz, będziesz szczęśliwa. Poza tym, masz tego swojego Wojtka przy sobie i niech cie pilnuje, bo mu zrobię harakiri w przeciwnym wypadku.
- Kocham cię, wiesz?
- Wiem.

Właśnie tego potrzebowałam. Przestałam płakać i uśmiechnęłam się.
- Teraz rozumiem, dlaczego wychodzisz za mąż.
- To przy okazji. Najpierw była decyzja o ślubie, a później się okazało, że jestem w ciąży. Akurat, nic nie będzie widać, wcisnę się w kieckę. A tak przy okazji to będę teraz wredna i powiem, że dobrze ci tak, że jesteś w ciąży, bo przynajmniej przez 9 miesięcy będziesz miała mniej idealną figurę. Później pewnie wrócisz do wyglądu sprzed ciąży.
- Chcesz, żebym znowu zaczęła płakać?
-  Nie! Ale swoją drogą ciekawe, jak będziesz wyglądać, tak wiesz… Bardziej krągła.
- Kaśka, jeszcze jedno słowo, a nie ręczę za siebie.
- Już, już. Kochana, złość piękności szkodzi. A tak właściwie to gdzie jest Wojtek.
- Z Mareczkiem. Opijają.
-Właśnie! Ciebie tym ciążowym optymizmem to jeszcze ojciec zarazi. Zapewne mało nie umrze teraz z radości! Przynajmniej Wojtek będzie miał fajnego teścia. I odwrotnie.
- Ojciec dogaduje się z Wojtkiem lepiej niż ja.  Mówię poważnie.
- Ale się wszystko pozmieniało, co?
- Jak cholera. Będziemy matkami. Czekam jeszcze tylko na Magdę.
- Swoją drogą, to ona powinna zejść się z Patrykiem. Od kołyski mają się ku sobie, a Magda tylko obserwuje jak głupi Patryś przyprowadza na każdą imprezę inną laskę.
- Wiesz jaka jest Magda. Lata za Patrykiem, ale nie powie mu prawdy. A on jest za głupi, żeby się domyślić czegokolwiek.
- Mogę u ciebie zostać? Nie chce mi się wracać do domu. Wojtek i tak zapewne jest już w innym świecie.
- Jasne. Maciek pojechał do rodziców, a ja trochę się źle czułam i zostałam.
- Dzięki. Pójdę sobie zrobić herbatę.
- Jasne, czuj się jak u siebie.
- Wiem!






Cześć i czołem. Już niedługo koniec. Góra trzy rozdziały. Ciężko mi się z nimi rozstać.
Przepraszam za spóźnienie, ale po zdrowotnych wybojach wracam do gry ;) 

niedziela, 1 czerwca 2014

#19


W poszukiwaniu szczęścia przemierzamy cały świat, przemierzamy wszechświat.


Analizując po tysiąc razy każde słowo, jakie otrzymałam w internetowej wiadomości od Wojtka, nie spałam prawie całą noc. Wymęczona, jak bywa coraz częściej, wstałam i zamaszystym ruchem dłoni oblałam twarz zimnym strumieniem wody. Z przymkniętymi oczami znosiłam uczucie cieknących po policzkach, lodowatych kropel. Pożegnałam przyjaciół, którzy wrócili do Bełchatowa z nadmorskich wakacji. Razem z trzaśnięciem drzwiami, po korytarzu rozniósł się dźwięk mojej komórki. Napis na ekranie spowodował, że na mojej twarzy zagościł lekki uśmiech Odebrałam od razu.
- Córcia, co ty już o staruszku zapomniałaś? Nic się nie oddzywasz, czekam i czekam...
- Przepraszam. I nie jesteś staruszkiem!
- Dziadkowie wracają do Gdańska, także nie zaskocz się, jak usłyszysz wesołe podśpiewywanie dziadka i poczujesz dym innego papierosa niż twój.
- Tato, rozmawiałeś z Wojtkiem, prawda? - wypaliłam.
- Marcelka...
- Tato, proszę.
- Był. - odpowiedział krótko.
- Teraz pewnie zapytasz, czy jestem zła. Uprzedzam, że wszystko w porządku. Ale muszę kończyć. Buziaki.
Pobiegłam na górę i jeszcze szybciej niż w pierwszą stronę, spakowałam rzeczy. Zniosłam dwie ciężkie walizki na dół i spakowałam do swojego Audi. Wypiłam kawę i usilnie próbowałam dodzwonić się do dziadka. Chciałam go poinformować o tym, że kiedy dojadą nie będzie mnie w domu. Niestety ani on ani babcia nie odbierali telefonu. Sięgnęłam po kartkę i ledwo piszący długopis, który leżał na stole w jadalni. Razem z krótką informacją treści ''Jestem w Bełchatowie. Marcela.'' wyszłam na zewnątrz i zamknęłam drzwi na obydwa zamki. Zgiętą kartkę wsadziłam między drzwi a futrynę i pomimo zmęczenia odważyłam się przejechać dystans prawie czterystu kilometrów. Z reguły jeżdżę szybko, więc bez względu na padający deszcz i słabą widoczność, wskazówka prędkości licznika mojego samochodu sięgała na autostradzie nawet sto dziewięćdziesiąt. Razem z przerwą na hot-doga ze stacji benzynowej, odcinek Bełchatów - Gdańsk przemierzyłam w niecałe trzy godziny. W Bełchatowie o godzinie siedemnastej standardowo były korki  i dopiero po czterdziestu minutach tkwienia w nich  zaparkowałam pod mieszkaniem, które swojego czasu wynajmowałam razem z Wojtkiem. Pomimo strachu przed burzą nie wchodziłam od razu do środka. Siedziałam w aucie i wsłuchiwałam się w grzmoty, które po raz pierwszy w życiu nie robiły na mnie wrażenia. Nie odważyłam się zadzwonić i przez chwilę żałowałam, że w ogóle przyjechałam. Po prawie godzinnych rozmyślaniach udałam się na pierwsze piętro i oszczędzając czas, którego na zastanawianiu się uciekło już wystarczająco dużo dotknęłam klamki, która natychmiastowo stawiła mi opór.
- Kurwa mać! - krzyknęłam na całą klatkę i uderzyłam pięścią w drzwi, a następnie oparłam o nie swoje czoło i głośno odetchnęłam.
- O, dzień dobry!
Usłyszałam zza swoich pleców głos młodej sąsiadki, która razem ze swoim partnerem wymieniała z nami umowne spojrzenia po głośnych nocach. Było mi wstyd o tym pomyśleć, ale chyba właśnie dlatego kobieta odważyła się do mnie podejść i wypowiedzieć coś więcej, niż tylko słowa powitania.
- Dawno pani nie widziałam. I cieszę się, że panią widzę. Pan Wojtek chodził strasznie markotny i zamyślony. Pewnie o panią chodziło.
Popatrzyłam na rozmówczynię pytająco mówiąc:
- Nie orientuje się pani, gdzie mogę go zastać?
- Nie mam pojęcia, ale dziś rano był u niego jakiś pan, którego kojarzę z naszej bełchatowskiej Policji. Czy policjant to nie wiem.
- Jak wyglądał?
- Ten pan? Wysoki, postawny, brązowe włosy. Nie przyglądałam się zbytnio. Pan Wojtek zwracał się do niego ''panie Marku''.
- Ojciec! - krzyknęłam.
- Jaki ojciec?
- No Marek... Się znaczy... No mój tato to był!  Dziękuję pani!
Wybiegłam z klatki i pojechałam do policjanta, którym niewątpliwie był ojciec. Z impetem przekroczyłam próg rodzinnego domu. W salonie i w kuchni nie było nikogo. Przeklinając pod nosem wbiegłam po schodach do pokoju Szymona, w którym razem z Kubą, Gosią i tatą grali na Playstation.
- Tato, gdzie on jest?
- Marcelka?
Wzrok obecnych w pomieszczeniu był bezcenny. Patrzyli na mnie dość dziwnie i nie bardzo rozumiałam o co chodzi.
- No jak to gdzie, przecież miał być z tobą.
- Czekaj. - oparłam się łokciem o ścianę, bo nie bardzo rozumiałam co właśnie powiedziała Gosia.- Jak to ze mną?
- Teraz to już się pogubiłem.
- Tato, o co tutaj chodzi?- zapytałam zdenerwowana po czym momentalnie zakręciło mi się w głowie.
- No przecież Wojtek wziął rano adres do domu dziadków i jeszcze przed ich wyjazdem z Bełchatowa pojechał do ciebie. Dałem mu dokładne dane, bo skoro dowiedział się już gdzie jesteś, nie było sensu niczego ukrywać. Mówił, że wyjedzie koło trzeciej.
- Minęliśmy się. - powiedziałam wbijając wzrok w podłogę i błądząc nim bez celu po dywanie.
- Mówiłem mu, żeby do ciebie zadzwonił, ale on stwierdził, że nie ma po co, bo jak się dowiesz o jego przyjeździe to uciekniesz i cie nie znajdzie.
- Ale on jest głupi.
- Marcelka, gdybyś ty wiedziała, gdzie on cie szukał... Był w Gdańsku w tej redakcji, gdzie miałaś prawie że zapewnioną pracę, ale jak mu powiedzieli, że cię tam nie było to w tym samym dniu był jeszcze w Warszawie u twoich znajomych. Ogólnie to trochę chłopak kilometrów narobił.
- Przecież miał jechać do Niemiec, co on tutaj robi?
- Jakich Niemiec? Gdybyś odebrała telefon to byś wiedziała, że został jeszcze dwa sezony i odrzucił dobre cztery propozycje.
- Bawcie się dobrze, odezwę się niedługo.

Tutaj z każdej świata strony prowadzi Cię serce. 


Odwróciłam się i wybiegłam do auta. Ponownie pojechałam na ulicę, na której mieszkałam i zostawiłam walizki u jak się okazało niezwykle pomocnej sąsiadki. Wypiłam trzecią kawę w barze za Bełchatowem i praktycznie nie zdejmując nogi z gazu popędziłam w kierunku Gdańska. W końcu czekał mnie chwilowy postój ze względu na odprawę przy bramkach na autostradzie. Nawigacja mówiła mi, że jestem gdzieś mniej więcej w połowie drogi. Zdenerwowana czekaniem, choć było niedługie, postanowiłam w końcu określić swoje położenie w sytuacji, w której się znajduję. Podłączyłam telefon do zestawu głośnomówiącego i wybrałam numer Włodarczyka. Czekałam na odbiór dłuższą chwilę, ale w końcu usłyszałam jego głos.
- Tak?
- Wojtek, gdzie ty kurwa mać jesteś?
- Chyba to ja powinienem ciebie zapytać, gdzie jesteś, bo kartka powiedziała mi tylko tyle, że w Bełchatowie.
- Czyli jednak tam byłeś. - odpowiedziałam nieco łagodniejszym tonem niż wcześniej.
- Byłem. Prawie rozdarłem sobie dresy, bo przechodziłem przez to kolczaste ogrodzenie. W którym miejscu jesteś?
- W połowie drogi. Dwieście kilometrów od Bełchatowa. Okolice Torunia. Przy bramce na autostradzie.
- Zjedź na najbliższy Orlen. Cokolwiek. Na najbliższe hmmm... Coś. Najlepiej tak, żebym jakimś sposobem mógł zmienić kierunek jazdy.
- Spróbuję.
Rozłączyłam się, bo chyba właśnie w tym momencie zaczęłam się denerwować tym, co prawdopodobnie za chwile się wydarzy. Z drżącymi dłońmi zaparkowałam na parkingu w odległości jakiś stu metrów od stacji benzynowej. Niestety mój samochód był jedynym na parkingu. Ubrałam na głowę kaptur i wyszłam na zewnątrz kolejny raz dzwoniąc do Włodarczyka.
- Wojtek, ja nie wiem czy ja jestem w dobrym miejscu.
- Ja też nie wiem. Za chwilę do ciebie oddzwonię, dobrze?
- Halo? Wojtek? Jesteś tam?
Mój rozmówca rozłączył się szybciej niż się spodziewałam. Przemoknięta do suchej nitki błądziłam po parkingu rozglądając się po oświetlonej autostradzie. Volkswagena Passata, którego numery rejestracyjne znałam lepiej niż swoje, nie widziałam, a przynajmniej nie byłam w stanie. Deszcz powodował, prawie tak jak dość gęsta mgła, utratę widoczności. Naciągnęłam rękawy od bluzy i dygotałam z zimna, a stukot zębów było słychać zapewne na dobre kilka metrów. W końcu nie wytrzymałam i kolejny raz zadzwoniłam do Włodarczyka. Odwróciłam się plecami do autostrady i wzrokiem błądziłam po jakimś pobliskim lasku. Wojtek nie odbierał, a właściwie to chyba rozłączył się, bo dość szybko włączyła mi się poczta głosowa. Odwróciłam się napotykając na jakąś dość dużą przeszkodzę, która pachniała niezwykle znajomo. Oparłam głowę o prawdopodobnie klatkę piersiową, a pewności na obecność Wojtka nabrałam wtedy, kiedy poczułam jego oddech we włosach, a ręce na biodrach. Odetchnęłam z ulgą. Uszło ze mnie powietrze i miałam wrażenie, że ubyło ze mnie dobre kilka kilogramów. Przestałam dygotać, a jasna bluza Włodarczyka stała się bogatsza dodatkowo o czarne plamy z mojego tuszu do rzęs. Nie mówiliśmy nic. Staliśmy w milczeniu nie zwracając uwagi na ulewę i grzmoty. Nagle oderwałam się od Wojtka i poczułam, że w moich oczach wszystko zaczęło wirować.
- Mała, co jest?
- Wojtek, ja... Ja nie dam rady prowadzić. - powiedziałam krótko.
- Andrzej będzie wracał z Kłosem jego samochodem tą trasą do Bełchatowa, więc jak dasz mu poprowadzić, to wrócimy teraz razem. Nie siądziesz za kierownicę.
- Poczekaj. - złapałam go za rękę i pochyliłam się do przodu. Przymknęłam powieki, bo nie czułam się najlepiej. Nagle ugięły mi się nogi. Kolana dotknęły mokrego betonu i pewnie zrobiłyby to nie tylko one, ale Wojtek wyczuł moment i podniósł mnie bez najmniejszych trudności.
- Jak przyjedziemy to najpierw cię położę, później nakarmię, a następnie pojedziemy do szpitala na badania. I nie ma protestów.
Nie miałam siły, żeby cokolwiek powiedzieć. Głowa bolała mnie niemiłosiernie, a kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że leżę już na tylnym siedzeniu w samochodzie Wojtka po kilku minutach zasnęłam.