piątek, 28 marca 2014

#8

- Do cholery jasnej! To są jakieś jaja! - krzyknęłam bijąc pięścią o klakson. Cholerne wykłady. Dobrze, że jeszcze kilka miesięcy i rok tylko i wyłącznie praktyczny.
- Tato, to nie jest dobry moment na rozmowę. Utknęłam w korku, bo jakieś roboty na drodze, w dodatku za chwile zatrzymam się na środku ulicy,  po prostu nie dojadę do Orlenu. A przed chwilą prawie potrąciłam  jakiegoś gościa, bo tak się zasłuchał, że nawet nie słyszał jak na niego trąbię. Także, nie denerwuj mnie.
- Chciałem ci tylko powiedzieć, że o 18 będziemy w domu.
- Matko, na śmierć zapomniałam! To dojeżdżajcie powoli i uważajcie na siebie po drodze. A ja kończę bo nareszcie mam okazję zatankować.

Co za pechowy dzień. Najpierw nie usłyszałam budzika i obudziłam się pół godziny później niż planowałam, a co za tym poszło, spóźniłam się na wykłady. Okazało się, że zapomniałam przywieźć ze sobą artykułu, a był ważny, więc mojemu wykładowcy nic nie stało na przeszkodzie aby mnie łagodnie mówiąc okrzyczał. Myślałam, że gorzej być już nie może, ale jak widać mogło, bo wychodząc z auli wykładowej zderzyłam się z wychodzącą z drugiej auli Kaśką. Na szczęście zamiast krwi polała się woda, bo otwarta butelka wody upadła na ziemię. Następnie złapała mnie policja i wlepiła dwieście złotych mandatu oraz sześć punktów karnych, bo przekroczyłam prędkość na odcinku niedozwolonym. W centrum miasta również nic się nie zmieniło. Korek był niemiłosierny i nawet żeby się dostać do najbliższego wjazdu na obwodnicę, a przy okazji do stacji benzynowej czekałam ponad czterdzieści minut. Minięcie tabliczki z napisem "Bełchatów'' skwitowałam jedynie cichym: ''Wreszcie.'' Po zakupach w supermarkecie nie zatrzymywałam się dla bezpieczeństwa już nigdzie. Pojechałam prosto do domu. Kładąc torby na stół odetchnęłam z ulgą, a po wypakowaniu produktów usiadłam wygodnie w fotelu i nakryłam się kocem.

- Pani Uzależniona nie uzależniona? Co tak późno?
- Na trening, leniu śmierdzący!
- Już po, poza tym wróciłem szybciej. Robisz coś?
- W sumie to się obijam. Dopiero wróciłam. I czekam na tatę.  Przyjedź to ci opowiem o tym co się dziś działo.

I tak oto kolejny raz całkowicie spontanicznie umówiłam się z Wojtkiem. Nie musiałam na niego długo czekać. Przyjechał z reklamówką, w której była cała masa jakiś kolorowych buteleczek, owoców i innych specyfików.

- Napijemy się drinka dziś. Może dwóch. Albo trzech. Jak nie mieliśmy co robić w Austrii, a czasem tak było, to robiliśmy sobie coś lekkiego.
- Wojtek, ty grasz, tobie nie można!
- Można. Nawet taksówką przyjechałem.

Jego odpowiedź była pełna smutku, albo przynajmniej tak mi się wydawało. Usiedliśmy w salonie i czekaliśmy aż nasze produkty się schłodzą. Ja w tym czasie rozkładając nerwowo rękami opowiadałam mu o tym co mi się wydarzyło. Położyłam na stolę mandat i biłam w niego zewnętrzną częścią dłoni krzycząc, że przekroczenie 10 kilometrów na godzinę to nie jest tragedia. Wojtek śmiał się coraz to głośniej z moich poczynań, a ja, kiedy skończyłam, złapałam głęboki wdech, nabrałam powietrza w płuca i rzuciłam mu w głowę poduszką. W końcu otworzyły się drzwi, a do domu wbiegł Kubuś z bursztynowymi koralami w dłoni. Rzucił się na mnie i pocałował w policzek. Zaraz za nim pojawił się Szymon, który jako starszy i już mniej wylewny tylko mnie objął. Na samym końcu, obładowany bagażami wszedł tato. Wojtek poderwał się z miejsca i odebrał od niego większą walizkę, stawiając ją przy ścianie.
- Tato, to mój znajomy Wojtek.
- Ja cię Wojtek znam.
- Tato! To jest Wojtek Włodarczyk! Ten z telewizji!
- Kuba! - krzyknęłam mierzwiąc bratu włosy.
- Marek jestem. - tato uśmiechnął się chyba najszczerzej jak mógł i uścisnął Wojtkowi dłoń.
- Może napije się pan z nami drinka?
- Napiję!
- Tato!
- No co, Marcelka? Starszy też człowiek!

Sytuacja jaka właśnie przed chwilą się wydarzyła wprowadziła mnie w lekkie osłupienie. Owszem, wiedziałam, że tato jest towarzyski i gdyby mógł spędzałby czas tylko i wyłącznie na gawędzeniu w towarzystwie, ale ciągle dziwiło mnie, że oszczędził sobie śmiesznych, a dla mnie krępujących docinek na punkcie mojego nowego, rzekomego chłopaka, którym Wojtek nie był. Chłopcy zamknęli się w swoich pokojach, a nasza trójka została w salonie. Ojciec wyciągnął stare albumy i dopiero w tym momencie, tak jak on to potrafi najlepiej, zaczął szydzić.
- Tutaj mamy zbuntowaną, sześcioletnią Marcelkę, która schowała się za drzewem i myślała, że nikt jej nie znajdzie.
- Jaki grymas na twarzy!
- Wojtek, ani trochę mnie to nie śmieszy.
- O, a tutaj Marcelka na konkursie w Opolu. Skubana, do tej pory ładnie śpiewa.
- Tato!
- Nic nie mówiłaś, że śpiewasz.
- A teraz, Wojtek, patrz na to! Zdjęcie robiła mama. Marcelka zadumana patrzy w okno i trzyma dłonie na fortepianie. Lubię to zdjęcie. Ostatnie zrobione przez żonę.
- Jest śliczne.

Panowie ciągle oglądali zdjęcia, a ja siedziałam dość wkurzona, z miną oburzonego dzieciaka. Chyba byłam zła, że tato dosłownie zabrał mi gościa, co temu najwyraźniej ani trochę to nie przeszkadza. Wypiłam dwa drinki, nakryłam się tym samym kocem co wcześniej i przyglądałam się tacie, któremu zadający pytania Wojtek bardzo, ale to bardzo zaimponował. Przed dwudziestą pierwszą ojciec zostawił nas samych i poszedł do swojej sypialni.

- Gdybyś chciała, to możemy jechać do mnie. Jest piątek, wczesna godzina, a trening dopiero jutro po południu. Poznałabyś moich współlokatorów - Karola i Andrzeja, a później odwiózłbym cię do domu.
- I tak nie mam nic do roboty.
- To już masz.

*


Chłopcy mieszkali na parterze, więc do pokonania było na szczęście tylko kilka schodów.
- Cholera jasna! Zostawili kartkę, że są u Samuela i wrócą koło 22, bo nie mam klucza i się poświęcą.
- To co teraz, jest zimno nie ma sensu wracać na nogach ani brać taksówki z powrotem do mnie.
- Posiedźmy w aucie.

Pomysł Wojtka wydawał się jedynym konkretnym w tym momencie. Obydwoje usiedliśmy na tylnym siedzeniu.
- Mam pytanie.
- Więc odpowiem tobie na nie.
- Dlaczego jak powiedziałam, że grasz, posmutniałeś?
- Bo nie gram?
- Ale jak nie grasz?
- Wiesz jak to kurwa jest, jak w jednym klubie jesteś czołowym zawodnikiem, wszyscy cię chwalą, mówią, że bez ciebie ciężko byłoby zrobić cokolwiek, a w drugim, tym wydawać by się mogło lepszym, polskim klubie, trener nie bierze tego co mówisz na poważnie? Jak dajesz z siebie na treningach wszystko, a trener ciągle cię pomija? Jak każdy set,  w którym jesteś dłużej na boisku dziwnym trafem idzie słabiej? Wiesz, jak robisz coś, a tak naprawdę czujesz, jakbyś tego nie robiła? Wiesz, jak beznadziejnie ogląda się mecz z kwadratu dla rezerwowych i cieszy się z wygranej, do której nic się nie przyłożyło?

Zatkało mnie, a przy okazji zrobiło mi się strasznie smutno.
- Nie wiem, co mam powiedzieć.
- Nie mów nic.
- Chciałabym coś powiedzieć. Chciałabym, żebyś tak się nie czuł. Co mam zrobić?
- Pocałuj mnie. Teraz.

Bez zastanowienia zbliżyłam się do niego i w momencie, kiedy nasze wargi się stykały, podniosłam wzrok i popatrzyłam mu w oczy. Wojtek przejął inicjatywę. Zaczął całować mnie stanowczo, powodując, że każda część mojego ciała stała się jakby z waty. Całkowicie opadłam na siedzenie. Czułam tylko jego język i nie przeszkadzało mi to, że na mnie leży. Jego ręce nie błądziły po moim ciele. Głaskał nimi tylko moją głowę, odgarniając opadające na twarz kosmyki włosów. Czułam się idealnie. Namiętnie całowałam się z facetem, którego pragnął każdy centymetr mnie. Zdecydowanie chciałam więcej. Chciałam poczuć się jeszcze bardziej wyjątkowo, bo wiedziałam, że tylko on może mi to dać. Chciałam oddać się facetowi, który ciągle był jedną wielką tajemnicą. Nasze pocałunki przerwało pukanie w szybę. Wojtek podniósł się i wyszedł z auta. Koledzy uśmiechali się szeroko i klepali go po plecach. W końcu wrócił do mnie i upuszczając wzrok powiedział:
- Przepraszam. To było głupie z mojej strony.

I tak oto uświadomiłam sobie, że tylko ja liczę na więcej.

- Jadę. Wezmę taksówkę.

piątek, 21 marca 2014

#7

Stałam przed otwartymi drzwiami jeszcze nie dowierzając, że kiedykolwiek dojdzie do naszego spotkania. Dwumetrowe, ogromne, wyperfumowane Coś uśmiechało się do mnie i opierało łokciem o futrynę. Gdzieś w tym całym chaosie zapomniałam o przygotowaniu samej siebie. Kątem oka popatrzyłam do lustra znajdującego się w holu. Było tragicznie. Moje włosy postanowiły wyjść na spacer i wypiąć się z gumki, a na domiar złego swoją białą bokserkę i niebieską bluzę  poplamiłam sokiem. Wojtek ciągle nie spuszczał ze mnie wzroku. Prawdopodobnie zauważył, że czuję się dość niezręcznie. W końcu nie wytrzymał.  Z reguły kiedy widzę, że ktoś obok mnie zaczyna się śmiać, postępuję dokładnie tak samo. Pewnie z boku cała ta sytuacja wyglądała dziwne, bo Wojtek nadal stał tak, jak stał, a ja zamiast wpuścić go do środka stałam i tak jak on cieszyłam się jak głupia. W końcu ocknęłam się i odezwałam do mojego gościa:
- Właź, bo mi zimno!
- To chodź, niech no cię wyściskam!

I wyściskał. W taki sposób, że w jednym momencie znalazłam się nad ziemią. Zachowywaliśmy się tak, jak starzy, dobrzy znajomi, chociaż tak naprawdę znaliśmy się średnio. Można by pokusić się o stwierdzenie, że w ogóle. Obecność rzeczywista to zdecydowanie nowy rozdział naszej dziwnej znajomości. Weszliśmy do kuchni.
- Dlaczego nic nie mówisz?
- A ty?
- Bo ci się przyglądam.

Wojtek uśmiechnął się, sięgnął po szklankę z sokiem, który parę chwil wcześniej wylałam na swoje rzeczy i wlepił wzrok w trochę bezwładną prawą rękę, którą starałam się trzymać wzdłuż tułowia.
- A co... - Włodarczyk wskazał na kończynę.
- Kiedyś się zagoi. - odpowiedziałam lakonicznie.

Wojtka nie zadowoliła moja odpowiedź. Podszedł do mnie i delikatnie zsunął bluzę z moich ramion odsłaniając opatrzone miejsce.
- I tak zobaczę co kryjesz pod tym opatrunkiem.
I zobaczył. A jego mina była bezcenna.
- Właściwie to dziś go skończyłam.
- Nie wiem co powiedzieć.
- Ciekawe co powiesz na to...

Całkowicie ściągnęłam bluzę z ramion. Oczy mojego gościa były coraz większe.
- Czasami rzeczy, których nie możemy zmienić zmieniają nas?
- Angielski na pięć, brawo.
- Masz coś jeszcze?

Odgarnęłam włosy z karku i odwróciłam się plecami. Następnie podniosłam do góry koszulkę, pokazując ostatni tatuaż.
- Nic nie mówiłaś.
- A co miałam ci powiedzieć?  Jeszcze byś mnie z jakimś kryminałem skojarzył.
- Odkryłem właśnie twoją naturę, a właściwie to utwierdziłem się w przekonaniu.
- Słucham, psychologu Wojciechu.
- Taka mała, a taka odważna.


Roześmiałam się i usiadłam spuszczając głowę w dół. Czułam, jak moje policzki oblewa czerwony rumieniec. Po chwili wyprostowałam się i podążyłam za idącym w stronę fortepianu Wojtkiem. Oparłam się o instrument, a on usiadł przed nim na krześle i popatrzył na mnie wymownie, jakby oczekiwał jakiejś powieści. W końcu odezwał się.
- Ładne zdjęcie. 
- Powiedz mi coś, czego nie wiem. Moja mama była piękną kobietą. A ten w garniturze to mój tato. 
- Jesteś do niego podobna. Bracia też.
- Faktycznie, każdy z nas cały ojciec. 
- Kiedyś obiecałaś mi, że opowiesz mi co nieco. 
- Co chcesz wiedzieć?
- Wszystko. Chce wiedzieć kim jesteś. 
Wojtek popatrzył ponownie na klawisze instrumentu i zapytał:
- Mama też grała?
-  Pracowała w Policji jak tato, ale kiedy tylko miała czas, siadała i grała. - zaczęłam. Później zapisała mnie do szkoły muzycznej, bo chciałam być taka jak ona. Miałam dużo zajęć. Fortepian i gitara, siatkówka, którą skończyłam trenować po maturze, prowadzenie sekcji dziennikarskiej w szkole, podróże, mini foto-modeling, bo zdarzało mi się pozować znajomym, którzy dziś otwierają swoje zakłady fotograficzne, no i przede wszystkim zajmowanie się braćmi i domem. Musiałam odciążać tatę,  chociaż nie zawsze miałam na to czas. Ojciec nie chciał mnie ograniczać. Nigdy się nie załamywaliśmy, powtarzaliśmy tylko, że damy radę. Po za tym był żłobek i przedszkole. Czasem zabierałam starszego Szymona ze sobą, na przykład na trening czy fortepian, a do Kuby przychodziła siostra taty, opiekując się u nas w domu również swoimi malutkim dziećmi, które zabierała ze sobą. Było ciężko, ale nie zamieniłabym tamtych lat na nic innego. nie wspominając już o dzieciństwie, kiedy Szymona, a później Kuby nie było jeszcze nie świecie. No, może poza jednym faktem.
- A dlaczego ona tak... Tak nagle ... - zapytał Wojtek.
- To był 2004 rok, dokładnie marzec. Na dworze było jakieś minus dwadzieścia i sypał taki śnieg, że widoczność ograniczała się chyba do jednego metra odległości. Wiedzieliśmy, że mama może mieć problemy z porodem, ale nikomu  nie chciała nic więcej powiedzieć. Jeździła do lekarza sama, bo mówiła, że na tak częste wizyty w gabinetach lekarskich mamy z Szymonem czas. Ojciec pracował. W tym czasie jego wypłata była jedynym źródłem utrzymania. W końcu, tego felernego czwartego marca, mama trafiła na porodówkę. Taksówką, razem ze mną, bo ojciec pomimo dnia wolnego, był poza domem. Kupował mamie prezent na rocznicę ślubu, która miała być dwa dni później. Nie wpuścili mnie na salę, kazali czekać na ojca, który za parę chwil pojawił się w szpitalu, trzymając w ręku ten pieprzony złoty zegarek z grawerem. W końcu skierowali nas do pomieszczenia, gdzie w inkubatorze leżał mały Kuba, a przez szybę widać było leżącą na łóżku mamę, która lekko unosiła dłoń i usilnie próbowała nam pomachać. Wtedy właśnie przyszedł lekarz. Zabrał ojca do swojego gabinetu i zamknął drzwi. Stanęłam przed nimi i zaczęłam podsłuchiwać. Niestety niewiele usłyszałam, bo każdą wypowiedź doktora przerywał ojciec. Usiadłam na korytarzowych plastikowych krzesłach i rozglądałam się po ścianach. Nagle drzwi gabinetu otworzyły się. Tato usiadł koło mnie i spłakany podał mi białą kopertę. Powiedział, że właśnie teraz jest odpowiedni moment na odwiedziny. Razem z pielęgniarką weszliśmy do sali. Mama chwyciła ojca siedzącego przy jej łóżku za rękę, a na mnie patrzyła i powiedziała tylko ciche: ''Poradzicie sobie. Ty sobie poradzisz.'' Byłam tak zdezorientowana, jakbym nie rozumiała tych słów. Niestety rozumiałam je doskonale, ale po prostu nie mogły do mnie dotrzeć. Wlepiłam wzrok w monitor, na którym widoczne było stopniowe zanikanie czynności życiowych mamy. W końcu lekarz poprosił o wyjście z sali. Stanęliśmy i patrzyliśmy jak razem z pielęgniarkami podejmuje próbę reanimacji. Bezskutecznie. Popatrzył na zegarek i przykrył mamę białym prześcieradłem. Po wszystkim wyszedł do nas i powiedział, że ostatnią wolą mamy było to, abym wszystkiego dowiedziała się z listu. Przede wszystkim powodu, przez który umarła. Jeszcze w szpitalu odczytaliśmy z ojcem list. Rak i wybór - albo ona, albo Kuba.
- To stąd ten tatuaż? Że niektóre rzeczy, których nie możemy zmienić, zmieniają się razem z nami?
- Tak. Chciałam wszystko zmienić. Zostawić to, co przykre w tyle. Chciałam schować wszystkie mamy zdjęcia, wyrzucić fortepian i wszystko to, co mi o niej przypominało. Chciałam się wyprowadzić, sprzedać jej meble. Ale nie można wszystkiego zmienić ot tak. Jest za ciężko. Za ciężko się z tym wszystkim rozstać w jednej chwili. Po prostu musiałam dojrzeć to tego, abym mogła żyć z jej brakiem. Dopiero wtedy, stopniowo mogłam zaczynać coś zmieniać. Ale już dość tego. Za bardzo się rozgadałam.
- Powiem ci, że strasznie się cieszę, że mi o tym powiedziałaś.
- Dlaczego?
- Bo dobrze mi z tym, że mogłem cię wysłuchać. 

- A mnie jest dobrze z tym, że się wygadałam. 
- A dlaczego zamknęłaś się w świecie internetowym? 
- Bo miałam dosyć litości ze strony koleżanek, kolegów i rodziny. W internecie mogę narzekać, żalić się, a ta rozpacz nad moim losem jest mimo wszystko inna, bo nie widzę ludzkich gestów, wyrazu twarzy, nie słyszę litościwej intonacji głosu. Poza tym, ludzie w internecie są bardziej kreatywni. Nie wiedząc o tym uratowali mi tyłek kilka razy. Ale nie myśl, że żyłam i żyję tylko internetem. Była jeszcze szkoła. A co do szkoły, to uczyłam się średnio. Zawsze miałam zagrożenie z matmy i dwóje z fizyki i biologii. Z reszty było lepiej, a najlepiej z polskiego i historii. No i mojego ukochanego angielskiego. Z zachowaniem w szkole też różnie bywało. Może nie wybijałam okien i zębów kolegom, ale zdarzało mi się kłócić się z nauczycielami. Przeważnie o oceny, bo do dziś uważam, że wszystkie zagrożenia z matematyki były niesłuszne.  Ojciec po każdej wywiadówce, przez ostatnią klasę gimnazjum i pierwszą klasę liceum zostawał sam na sam z wychowawczynią. Twierdziła, że powinnam nauczyć się czasem milczeć. Ale taka byłam zawsze. Walczyłam o swoje. Matura wypadła mi jednak całkiem nieźle i dostałam się na wymarzone studia.
- A bracia jak sobie radzą?
- Szymon uczy się zdecydowanie lepiej niż ja w jego wieku i jak rzadko który szesnastolatek ma poukładane w głowie.  Gra w piłkę nożną w bełchatowskiej drużynie kadetów. Mały ma dopiero dziesięć lat. Ale jest strasznie kochany. Nikt nie potrafi podnieść na niego głosu.

- Więc taka jest Marcelina Kowalewska.
- Jaka?
- Bogata w bagaż życiowych doświadczeń.
- A twoja rodzina jaka jest?
- Hmm. Normalna. Niczym się nie wyróżnia. 
- Nigdy nie pisałeś mi o swoich rodzicach. 
- Bo w sumie nie ma o czym mówić. 

Zastanowiło mnie zachowanie Wojtka. Wiedziałam, że coś przede mną ukrywa. Rzadko kiedy wspominał o swoich rodzicach. Czasem tylko pisał, że rozmawiał z siostrą. Dopiero kiedy jest obok mnie, uświadamiam sobie, że chce poznać jego tajemnicę, bo zdecydowanie takowa istnieje.

- A właściwie to jak poznałyście się z Kaśką?
- W gimnazjum. Chodziłyśmy razem do klasy.
- To już jakieś dziesięć lat.
- I co z tego, że dziesięć? Widzisz jak jest. Co najmniej jakbyśmy znały się tydzień i poznały po pijaku, czyli przy mało znaczącym epizodzie. Już nic o sobie nie wiemy.
- Co teraz zamierzasz?
- Chciałabym jej coś udowodnić, ale jeszcze nie wiem co.
- Co ty możesz jej udowadniać? Jesteś milion razy lepsza od niej! Musisz to zrozumieć.
- Kaśka zawsze wypomina mi to, że nikogo nie mam.
- O Boże! Jeden nie ma, bo nie może trafić na swoją połówkę, a drugi, tak jak na przykład ja, po prostu jej nie szuka. 

Wojtek bardzo mi się podobał. Cholernie. Bardzo cholernie. Bardzo, bardzo cholernie. Był niemalże idealny. Inteligentny, z poczuciem, humoru, przystojny, dobrze zbudowany, wysportowany, ładnie się uśmiechał, a przede wszystkim umiał słuchać. Chciałam odkryć jeszcze więcej jego cech i podświadomie godziłam się też na wady, chociaż wątpiłam, że je posiadał. Ale pomimo tego, że siedział obok i bacznie mnie obserwował, wiedziałam, że to tylko jednostronne zafascynowanie. Takich jak ja mógł mieć miliony. Miliony milionów zakochanych bez pamięci lasek, z których nic sobie nie robił.

- Uciekam. Jutro o 11 trening. Trzeba się wyspać. 
- Oj, trzeba.
- Tobie też radzę, połóż się spać i odpocznij. Olej Kaśkę. 
- Postaram się.

I wyszedł, zostawiając mnie tak oczarowaną, jak nigdy. Przez jego wizytę zignorowałam pięć połączeń od taty. Bez względu na godzinę w końcu oddzwoniłam. Ojciec oczywiście nie wierzył, że wszystko w porządku. Ale kiedy go zbyłam, chyba nie miał innego wyboru. Właściwie to ja sama nie wiedziałam jak jest i jak się czuję. Z jednej strony Kaśka, która mnie wręcz rozwcieczyła, a z drugiej Wojtek, który zaprezentował przede mną chyba swoją najlepszą, wrażliwą stronę. Prysznic nie pomógł mi pozbyć się tego dziwnego uczucia. W łóżku ciągle analizowałam każdy moment. Dawno nie było tak dziwnie.



*

Oddaję taki. Trochę wiadomości o Marcelce. A Wojtek taki tajemniczy, że wow.

piątek, 14 marca 2014

#6

- No juuuuż, otwieram!

Zaspana, w szerokiej koszulce i różowych spodenkach zeszłam po schodach w celu otworzenia drzwi.  Byłam wściekła, bo wstałam jakieś 5 minut temu i nie zdążyłam się przebrać.

- Cześć, mogę? Spotkałam twojego tatę pod policją w Łodzi, zawoził jakieś dokumenty i mówił, że jesteś w domu, bo nie jedziesz na wykłady, więc przyjechałam.
- No... Cześć. Wejdź i daj mi 5 minut. Ogarnę się i zejdę.

Niespodziewane pojawienie się mojej ''do niedawna przyjaciółki'' zdziwiło mnie tak bardzo, że nawet nie potrafiłam tego ukryć. Ze zdumienia ocknęłam się dopiero w momencie, gdy poczułam jak trzymany w ręce telefon wibruje. Ukradkiem popatrzyłam na powiadomienie o wiadomości, którą właśnie dostałam, rzecz jasna od Włodarczyka.

- Kawy czy herbaty? Mam jeszcze jakiś sok.
- Herbaty. Przyniosłam trochę owoców, bo wiem, że nie jesz słodyczy z rana.
- Fajnie. - odrzekłam obojętnie i położyłam na stole dwa kolorowe kubki, które po chwili zalałam wrzątkiem.

- Byłam u ciebie kilka dni temu, ale w twoim mieszkaniu mieszkają jakieś dwie inne studentki, telefonu też nie odbierałaś.
- A, wybacz. Mam nowy numer.
-  Myślałam, że masz gości, bo jakiś nieznany samochód na podjeździe.
- To mój.  Dostałam od ojca. - odpowiedziałam.
- Zazdroszczę, też coś kupuję.
- To dobrze. - uśmiechnęłam się lekko.
- A tak właściwie, to co słychać oprócz tego, że się przeprowadziłaś, masz samochód i nowy telefon?
- Wszystko dobrze. Kończę tatuaż.
- Nowy?! -  Kaśka wyraźnie się zdziwiła.
- Nowy.
- Co ty razem?
- Róże.
- Nie za dużo tych dziar? Nikt cię nie zechce jak oszpecisz sobie całe ciało.
- To akurat nie twoja sprawa.
- Ale ja tylko wyraziłam swoje zdanie.
- Jesteś ostatnią osobą, która może mnie krytykować.
- Dlaczego niby ostatnią?
- Wyjdź.
- Zwariowałaś!
- Nie. To ty zwariowałaś. Wyjdź!
- Marcela!
- Wyjdź! Nie będę się powtarzać!


Do wybuchu emocji brakowało mi niewiele. I stało się. Kaśka faktycznie opuściła mieszkanie, a całe zajście zmusiło mnie do kolejnych refleksji. Nie było między nami tej przyjacielskiej sympatii co kiedyś. Ba. Nie było niczego. Stała mi się zupełnie obojętna, co bolało mnie coraz bardziej z każdym kolejnym słowem, jakie do niej kierowałam. Jednak nie czułam się winna. Wiedziałam, że to nie ja wymieniłam ją na inne przyjaciółki, tylko ona mnie. Ponadto zrobiło mi się przykro, że krytykuje to, co jeszcze do niedawna jej się podobało.

- Kurwa! - przeklnęłam i rzuciłam mandarynką w blat.
- Właśnie minąłem Kaśkę. Włosy przefarbowała... Ale do rzeczy! Załatwiłem sobie tydzień urlopu. Przedłużę chłopcom weekend i zabiorę ich na Pomorze do dziadków. Jedziesz z nami? Co jest?
- Nie co, tylko wszystko! Po co jej mówiłeś, że tutaj jestem?! Przecież wiesz, że z nią nie rozmawiam i nie mam ochoty tego robić!
- Nie mówiła, że tu przyjedzie. Zapytała gdzie jesteś, to odpowiedziałem, że się wprowadziłaś z powrotem do domu. Przecież nie zrobiłem tego specjalnie.
- Tato, na drugi raz, bardzo cię proszę, unikaj rozmów z Kaśką.
- Marcela!
- Wychodzę.
- Marcela! Posłuchaj mnie!



Skierowałam się do zaprzyjaźnionej już tatuażystki. Dokładnie dzisiaj miała kończyć swoje nowe dzieło. Uwielbiam tatuaże. Są czymś, co w pewnym sensie pokazuje moją osobowość, mój gust i to, co dla mnie ważne oraz to, czym się kieruje, co mnie zmieniło i o czym chciałabym pamiętać. Ogółem mam cztery: pierwszy - klucz wiolinowy na karku, symbolizuje jedną z moich pasji jaką jest fortepian, drugi - pióro ptaka w okolicach żeber, które było pomysłem mojego taty dla uwiecznienia faktu iż kocham podróżować i każda chwila spędzona w podróży jest właśnie tak ulotna, trzeci - sentencja  w języku angielskim na wewnętrznej stronie lewego przedramienia, mająca dla mnie największe znaczenie, czwarty- i wreszcie tak zwany ''rękaw'', czyli ciągle tatuowane i cieniowane róże sięgające od ramienia do łokcia, które,choć nie mają jakiejś bardzo określonej symboliki, odbieram jako wyraz mojej pewności siebie i braku strachu przed tym, co chociaż mi się podoba, u innych może wywoływać całkowicie odmiennie uczucia. Nie wykluczam, że poprzestanę tylko na tych.

Z salonu wyszłam zadowolona, jednak musiałam pamiętać o przemywaniu, smarowaniu i zmienianiu opatrunków. Nie robiło mi to jednak większej różnicy, gdyż byłam przyzwyczajona to szczególnego dbania o świeże rany po tatuażach.
Wróciłam do domu w trochę lepszym humorze niż z niego wyszłam. Złość na tatę mi przeszła, bo uznałam, że nie jest niczemu winny. Zastałam go jak zwykle siedzącego z Kubą, najmłodszym z naszej trójki i piszącego zadanie na lekcje polskiego. Usiadłam obok nich. Ojciec zerwał się, ściągnął z nosa okulary do czytania i  poprosił Kubusia o przyniesienie mu komórki z góry, żebyśmy zostali sami.




- Córcia. Wiem, że nawaliłem, ale kompletnie tego nie przemyślałem. Co powiesz na ten wyjazd do babci?
Odpoczniesz sobie od Łodzi i przemyślisz pobyt w Bełchatowie.
- Nie mogę. Mam wykłady, to ważny rok, bo ostatni i nie mogę tak o sobie... Odpuszczać.
- A nie pogniewasz się, jak pojedziemy  i zostawimy cię samą? Wiem, że spędziliśmy ze sobą tylko kilka dni w Bełchatowie, ale to jedyna okazja, żebym wykorzystał zaległy urlop.
- Jedzcie! Jestem za! Dam sobie rade.
- Wyjedziemy wczesnym rankiem. Spakujesz małego?
- Jasne.

Zabrałam się za pakowanie rzeczy Kuby. Z jednej strony miałam ochotę wyjechać choć na te siedem dni, a z drugiej dopatrywałam się plusów pozostania w Bełchatowie. Na uwadze miałam również to, że moje studia wymagają , abym była dyspozycyjna i codziennie o godzinie 9 pojawiała się w Łodzi.

*

Ciągle byłam przygnębiona. Kłótnia z Kaśką wyprowadziła mnie z równowagi zapewne na kilka kolejnych dni, a siedzenie i rozpamiętywanie niedawnych zdarzeń nie sprzyja jakiejkolwiek poprawie nastroju. Pomalowałam się, uczesałam i skorzystałam z zaproszenia na imprezę, które dostałam jakiś tydzień temu. Do domu znajomego doszłam na nogach, gdyż wiedziałam, że jeżeli będę pić, jazda po alkoholu nie będzie zbyt rozsądnym posunięciem.

Patryk ucieszył się na mój widok. W końcu składem, jaki się pojawił, trzymaliśmy się całe gimnazjum i liceum. Brakowało tylko Kaśki, ale jak się okazało - odmówiła przyjścia, bo umówiła się z kimś innym. Wszyscy domyślali się z kim i pomimo moich próśb,dalej kontynuowali temat.

- Nie przejmuj się Kaśką. Z nami postąpiła podobnie. - rzuciła Magda.
- Może z tymi tatuażami i z tym internetem to tak z zazdrości? - dodał Patryk.
- Może i tak. Z resztą wiem, że wyśmiewa się ze mnie, że nikogo nie mam i ciągle wmawia mi jakiś swoich kolegów z roku.
- Coś jej siadło na mózg pewnie. To co? Zdrówko!

Impreza trwała, a ja opuściłam na chwilę towarzystwo i udałam się do innego pomieszczenia. Wojtek był nieobecny na Facebooku. Zostawiłam mu jednak krótką wiadomość:
''Przepraszam że nie odpisałam rano, ale mała awaria.'
Odczekałam kilka minut, bo miałam nadzieję,że się pojawi. I pojawił.
- Gdzie jesteś? Jest późno, z kim wracasz?
- Wrócę taksówką. Stoją obok.
- Czyli wracasz z taksówkarzem?
- Tak. Właściwie to chyba nie mam ochoty na imprezę, więc już niedługo i zacznę się zbierać.
- To ty jesteś na imprezie?
- Tak wyszło. 
- Baw się dobrze, Mała!

Uśmiechałam się lekko do ekranu telefonu, kiedy za moimi plecami stanęła Kaśka. Był to jeszcze gorszy moment na spotkanie, niż ten rano. Nie wypiłam ani grama alkoholu i pomimo trzeźwości, jak zawsze miałam zamiar powiedzieć dość dużo i dosadnie szczerze.

- Wojtek? Nie mówiłaś, że kogoś masz.
- Miało cię tu nie być.
- Fakt, ale zdecydowałam się na rozmowę. Patryk mówił, że będziesz.
- Na tej imprezie jest miejsce tylko dla jednej z nas, więc oszczędzę ci i wyjdę pierwsza.
- Marcela, nie! Stój!
- Stoję. I co w związku z tym?
- To wszystko nie tak, chciałam mieć wszystkich, Maćka, ciebie, dziewczyny... Nie wyszło. Zaniedbałam i Ciebie i jego. Nie jesteś w stanie tego zrozumieć?
- Przepraszam, co zrozumieć? Co kurwa zrozumieć?
Stałam nad nią i wrzeszczałam ile sił w płucach. Patryk zamknął drzwi od pokoju mówiąc tylko, że nie będą nam przeszkadzać.
-  Dużo dziewczynom o tobie opowiadam, o naszych wspólnych akcjach, imprezach, o wszystkim. Tęsknię za tobą.
- O nie. Wiedziałam, że cie powaliło, ale że aż tak to się nie spodziewałam, bo jeśli myślisz, że nie wiem co opowiadasz na mnie za plecami, to jesteś w błędzie. Tak bardzo tęsknisz, że raczysz się ze mną skontaktować tylko wtedy, kiedy nie możesz sobie z czymś poradzić, a ja jestem osobą, która może ci pomóc? A może tak bardzo, że aż przeszkadza ci to, że nikogo nie mam?! Wybieraj!
- Marcela. Zrozum! To nie tak!
- Ale co mam zrozumieć? Wybacz Kaśka, ale tolerowałam to długo. Znosiłam wszystko.  - roztrzęsiona zaczęłam wyliczać - Twoje koleżanki, twoje obgadywanie, twoje uwagi, twoje głupie gadanie z ironicznym podtekstem, znosiłam to, że byłam sama, kiedy cię potrzebowałam, kiedy się wyprowadzałam, kiedy miałam urodziny, kiedy wysłuchiwałam jęczenia Maćka, żebym sprowadziła cię na ziemie. Znosiłam to pół roku. Pół jebanego roku. Ale wiesz co? Jednego nie zniosę. Nie zniosę fałszywej przyjaźni. Chce mi się rzygać jak na ciebie patrzę. Rzygam tym wszystkim, co mi zrobiłaś. Wyjdź stąd, zanim ja to zrobię!
- Marcela, proszę, wybacz mi. Postaram się jakoś to naprawić! Proszę!
- Puść mnie. Mogę sobie wsadzić w dupę twoje przeprosiny. Wszystko co mówisz jest gówno warte! Rozumiesz? Nic nie jest warte! 

Zabrałam płaszcz i pobiegłam na postój taksówek, oddalony od domu Patryka jakieś sto metrów. Było mi głupio, że kulisy ostatnich sześciu miesięcy przyjaźni z Kaśką ujawniły się na oczach wszystkich wspólnych znajomych, ale wiedziałam też, że nie zdziwiło ich moje zachowanie. Zawsze byłam szczera i nie owijałam w bawełnę, nawet kosztem urażenia kogoś.

Dojechałam szczęśliwie do domu. Było kilka minut po 21. Skoro wróciłam tak wcześnie, imprezę mogłam zaliczyć tylko i wyłącznie do nieudanych. Odskocznią miał być oczywiście internet. Starałam się zająć wszystkim, co znajdowałam. Robiłam wpisy, oglądałam zdjęcia, a w między czasie wysłałam do Patryka wiadomość z przeprosinami. Starałam się nie myśleć o sytuacjach dnia dzisiejszego, ale wychodziło mi to bardzo, bardzo średnio. Właściwie w ogóle. Jedyną osobą, która znała całą sytuacje z Kaśką był nie kto inny jak Wojtek. Innym internetowym znajomym musiałabym opowiadać wszystko od początku a to spotęgowałoby tylko moją złość. Kolejny raz, szczęściem w nieszczęściu stało się zielone kółeczko przy nazwisko mojego jedynego od ostatnich miesięcy psychologa. W jednej wiadomości streściłam obydwa wydarzenia.

- Mieszkasz na?
- Co na?
- No gdzie mieszkasz?
- Boczna.
- A dokładniej?
- Boczna 4.
- Daj mi 10 minut.
- Wojtek, nie musisz. Dam radę!
-  Chyba czas najwyższy, żebyśmy się wreszcie spotkali, prawda?

Nie odpisałam nic. Dziwiło mnie, że pomimo tylko i wyłącznie internetowego kontaktu, poznał moją osobę tak dobrze. A ja jego. Wiedziałam, że będzie ze mną rozmawiać i pocieszać, choćby przez internet, ale będzie. W momencie kiedy rozdzwonił się dzwonek do drzwi przestałam myśleć o Kaśce. Liczyło się tylko to, że za parę chwil wyrzucę z siebie to, co leży mi na sercu. Chwyciłam za klamkę.

- Dobrze trafiłem?

*



Oddaję wam rozdział poprawiany chyba z dziesięć razy. Za błędy,jeżeli takowe się znajdą,  przepraszam.


czwartek, 6 marca 2014

#5

Jako córka komendanta byłam zapraszana na wszelkie zabawy, w których brali udział wszyscy koledzy z pracy ojca z rodzinami.  Tato od śmierci mamy nie ma nikogo,  więc na każdą możliwą okoliczność zabiera mnie ze sobą. Jego współpracownicy są w porządku, ich żony i córki też. Nawiązałam już kilka znajomości na niejednych ostatkach czy andrzejkach. Tym razem również nie odmówiłam pójścia na imprezę jubileuszową.

Czarna: Myślisz, że powinnam iść w sukience granatowej, ciemnoszarej czy czarnej?
Szatyn: Nie widziałem żadnej z tych sukienek, więc ciężko stwierdzić.
Czarna: Może podeślę linki, będzie łatwiej.

Wysłałam siatkarzowi trzy sukienki. Pierwsza, granatowa na rękaw tak zwany 'trzy czwarte' z odkrytymi do połowy plecami, druga ciemnoszara na grubszych szelkach, wcinana w talii i lekko rozkloszowana oraz zwykła czarna, bardzo wąska, bez szelek.

Szatyn: Ja to bym Cię w małej czarnej pooglądał.
Czarna: No świnia, no.
Szatyn: Ja jestem za czarną i zdania nie zmienię.
Czarna: Skąd wiesz, jak będę w niej wyglądać?
Szatyn: Kobieto, jak można ważyć 57 kilo, mieć metr 75 i wyglądać źle?
Czarna: Uwierz, że mam masę  kompleksów.
Szatyn: Wyślij zdjęcie, to ocenię.
Czarna: Chciałbyś.
Szatyn: Nie ukrywam, najlepiej w tej sukience. Albo we wszystkich trzech.
Czarna: Powtórzę się - świnia!
Szatyn: Nie świnia, tylko oprócz chęci zobaczenia cię to myślę, że pewnie doradziłbym lepiej.
Czarna: Jak zgadniesz moje imię, to pomyśle, może podeślę jakąś fotkę z balu.
Szatyn: Jak powiedziałaś, że Twoje imię jest rzadkie, to od razu przyszła mi na myśl Margerita.
Czarna: Moi rodzice byli normalni.
Szatyn: Ale nawet jeżeli zgadnę, to i tak się nie przyznasz.
Czarna: Nie potwierdzę i nie zaprzeczę.
Szatyn: To kiedy dostanę zdjęcie, żeby zobaczyć z kim piszę?
Czarna: Aż tak Ci zależy na moim wyglądzie?
Szatyn:  Po prostu bym chciał. Tyle o Tobie już wiem...
Czarna: No fakt. Dwa miesiące rozmowy w końcu.
Szatyn: Ale i tak jesteśmy dziwni. Nie znamy swoich imion, co więcej, jest dwudziesty pierwszy wiek i nie znaleźliśmy się na Facebooku. A tak właściwie to o której zaczyna się impreza?
Czarna: Ojciec zamówił taksówkę na 18.30.
Szatyn: To jeszcze godzina. Nie szykujesz się?
Czarna: Z włosami i tak nic nie zrobię, bo się rozprostują, a co do makijażu to robię go w między czasie. Jedno oko skończone. Ubrać tylko sukienkę i buty.
Szatyn: Tylko nie zabaluj bardzo i chyba nie muszę ci mówić, żebyś uważała na siebie podczas powrotu do domu?
Czarna: Spokojnie, tato nie da mi zginąć. Na dodatek zobaczę się z Kaśką.
Szatyn: A ona z jakiej tam okazji?
Czarna: Nasi ojcowie pracują razem.
Szatyn: A kiedy ostatni raz rozmawiałyście?
Czarna: Dobry miesiąc temu. Pewnie będzie dziwnie.
Szatyn: Przecież się nie pokłóciłyście po prostu wasze drogi się rozeszły, zanikł kontakt.
Czarna: No niby tak.
Szatyn: To nie widzę problemu. Idź i baw się dobrze. Pewnie będziesz odsypiać, a ja mam jutro po południu mecz, na który wyjeżdżam o 19.30.
Czarna: Jejku, ładny z Ciebie siatkarz jak tak podróżujesz.
Szatyn: Oj, Mała... Leć już!
Czarna: Znikam, dobrej nocy.

Wyłączyłam komputer i w biegu ubrałam buty. Straciłam rachubę czasu, bo taksówka z tatą w środku od pięciu minut stała na polu. Na imprezę przyjechaliśmy na szczęście punktualnie. Ojciec postawił usiąść na przeciw rodziny Kaśki. Wszyscy razem z nią przywitali nas uśmiechem.

- Cześć Marcelka, super wyglądasz.
- Dzięki, miło mi.

Odwzajemniłam uśmiech i usiadłam przy stole odmachując znajomym.. Ojciec porywał  sekretarki do tańca, a ja postanowiłam opuścić towarzystwo Kaśki i dosiąść się do córek pani Małgorzaty, znajomej z pracy ojca, nawiasem mówiąc też wdowy, która jak się niedawno okazało wpadła mu w oko. Dziewczyny okazały się dość imprezowe. Opróżniłyśmy we trzy butelkę wódki i w dość dobrych humorach ruszyłyśmy na parkiet. Kaśka całą imprezę przesiedziała przy stole, podpierając głowę rękami, a mnie z tego powodu nie było ani trochę przykro. Około 4 rano razem z tatą przyjechaliśmy do domu. Ściągnęłam buty, rzucając je gdzieś w kąt, całym ciężarem ciała opadłam bezwładnie na łóżko.
- Wykąpię się później. - powiedziałam do siebie i zasnęłam.

*

Wstałam mniej więcej o godzinie 13, wykąpałam się i zabrałam za odgrzewanie obiadu dla moich trzech mężczyzn siedzących przed telewizorem. Jedliśmy wspólnie, a najmłodszy brat wyśmiewał kolor mojej twarzy.
- Marcelka, jak zjesz, to chodź do garażu, coś ci pokażę. - powiedział, wkładając talerz do zmywarki.
- Nie ma sprawy, a co to takiego?
- Przyjdziesz to zobaczysz.

Ciekawość zżerała mnie coraz bardziej, więc nie zważając na to, że gulasz z ziemniakami jest gorący, zwiększyłam tempo jedzenia. Bracia wiedzieli co przyszykował ojciec, bo podśmiechiwali się pod nosem i patrzyli na mnie tak, jakby wyczekiwali mojej reakcji. Pozbierałam wszystkie naczynia ze stołu, założyłam sweter i popędziłam do garażu. Ojciec stał oparty o czarne Audi A6, dokładnie takie, jakie podobało mi się najbardziej.
- Nie mówiłeś, że zmieniasz auto. Przecież masz swojego Opla dopiero rok.
- Nikt nie mówił, że zmieniam.
- To na co Ci dwa?

Tato podszedł do mnie, złapał za dłoń, położył na niej kluczyki i przymknął.
- Wszystkiego najlepszego z okazji niedawno skończonych dwudziestych czwartych urodzin. Mam nadzieję, że będzie Ci się dobrze prowadzić, szczególnie do Łodzi, na wykłady. Sześcioletnie, dobra cena, nie mogłem przegapić.
- O Boże.

Rzuciłam się na tatę i pocałowałam  go w policzek.
- Dziękuję, dziękuję!

Ze łzami w oczach biegałam wokół pojazdu. Tato był również wzruszony.
- Mam tylko jedną kobietę, muszę o nią dbać.
- To jedziemy gdzieś? - zapytałam.
- Gdzie?
- Rundka po Bełchatowie. Co ty na to?
- Chłopcy grają, więc nie pozostaje mi nic innego jak się zgodzić.

Byłam tak podekscytowana nowym prezentem, że zapomniałam o kacu i o wszystkim co związane z Kaśką.
- Jejku, muszę mu napisać! - wypaliłam.
- Komu?
- A nikomu w sumie. Kaśce.
- Przecież nie rozmawiasz z Kaśką.
- Oj tato!

Przerwałam rozmowę, a następnie całkowicie zmieniłam temat.

*

Na Siatkarza czekałam dobre dwie godziny. W końcu pojawił się i napisał tylko ''Nie pytaj.''

Czarna: Ej, co jest?
Szatyn: Dostaliśmy w dupę. 3:2
Czarna: Biedactwo.
Szatyn: Jest dość chujowo. Siedzę sam w pokoju, w zimnej Rosji, dołuje się smutnymi piosenkami i nie chce mi się nawet spać, chociaż nogi odpadają mi od tyłka.
Czarna: Przytulam Cię wirtualnie, ale co Ty robisz aż w Rosji? Co wy za Skrą jeździcie na te mecze?
Szatyn: Nie do końca.
Czarna: To co Ty, w Skrze grasz?

Mój rozmówca zamilkł na dobre 10 minut. Domyśliłam się, że przez przypadek całkowicie odkryłam jego anonimowość.

Szatyn: Tak.
Czarna: No to ładnie.
Szatyn: Podeszłaś mnie.
Czarna: Wiesz co teraz zrobię?
Szatyn: Będziesz chodzić po liście zawodników Skry i kierując się wskazówkami dotyczącymi mojego imienia, o których wiesz, zgadniesz jak mam na imie?
Czarna: Lepiej bym tego nie ujęła.
Szatyn: Oszczędzę Ci. Wojciech Włodarczyk, lat prawie 24, bo skończę w październiku, student stosunków międzynarodowych w Bielsku Białej, urodzony w Poznaniu, pochodzący z Andrychowa za Krakowem.
Czarna: Najprzystojniejszy siatkarz Skry, Pan Wojciech W.
Szatyn: Ekhem..
Czarna:  Więc teraz ja... Marcelina Kowalewska, lat 24, bo skończone 28 lutego, studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej w Łodzi, urodzona w Bełchatowie, pochodząca z Bełchatowa.
Szatyn: Marcelka!
Czarna: Hm?
Szatyn: Ładnie się nazywasz.
Czarna: Nie śmiej się.
Szatyn: Mówię prawdę. Ale ty przynajmniej wiesz jak wyglądam.
Czarna: Skoro tak...

Postanowiłam wysłać Wojtkowi zdjęcie, zrobione przez kolegę zajmującego się fotografią. Chciałam, żeby zobaczył mnie taką, jaka jestem naprawdę. Bez tapety, w długim końskim ogonie koloru ciemnego blondu z promiennym uśmiechem, a właściwie śmiechem, uchwyconym przez aparat i błyskiem w dużych, niebieskich oczach, stojącą na trawie w sportowej bluzie, wąskich, czarnych spodniach i białych adidasach.

Szatyn: Nie mogę się doczekać.
Czarna: Poszło.
Szatyn: Uwaga, trzy, dwa, jeden - otwieram!

Wojtek ponownie ucichł na kilka kolejnych kilka minut.

Szatyn: Chyba się zakochałem.
Czarna: Serio podoba ci się to zdjęcie?
Szatyn: Powiedziałem już, że się zakochałem?
Czarna: Głupek jeden, bełchatowski.
Szatyn: Cisza, ale nie zgadza mi się jedna rzecz.
Czarna: Jaka?
Szatyn: Jesteś blondynką, a nick mówi inaczej.
Czarna: Z moją ksywką na tym czacie wiąże się historia. Przegrałam kiedyś z Kaśką zakład i musiałam przefarbować włosy szamponem koloryzującym, który utrzymuje się dwa tygodnie na czarno. To było w liceum czyli jakieś siedem lat temu. Od tej pory wszyscy mówią na mnie Czarna.
Szatyn: Szalona.
Czarna: Wojciech Włodarczyk zaprosił Cię do listy znajomych. Znasz go może?
Szatyn: Nie mam zielonego pojęcia kim jest ten człowiek.
Czarna: Fajny może, przyjmę.





Jest internetowo? Jest. Ale to się troszkę zmieni.